Autor: Beata-Bianca Kotoro

 

Jak człowiek w Polsce słyszy słowo DZIKI, to kojarzy się to czasem z czymś poza uregulowanymi normami, poza prawem i legalnością. DZIKI LOKATOR nielegalnie zajmuje mieszkanie, NA DZIKO robi się coś bez przestrzegania reguł. DZIKA KARTA, która, choć otrzymywana
w wyniku legalnie przeprowadzonego losowania, jest przecież pewnego rodzaju obejściem normalnej procedury wyłaniania awansujących zespołów i może się dość sensownie z taką dzikością wiązać. Synonimów do słowa DZIKI mamy w polszczyźnie pod dostatkiem,
ale PROF. ADAM DZIKI to czysty antonim słowa DZIKI (łagodny, oswojony, ułożony, zindustrializowany, zurbanizowany, człowiek cywilizowany, łatwo dostępny, śmiały, ufny…)! Choć dwie rzeczy trzeba przyznać: uwielbia polować na dziki i ma dziki apetyt
na życie. Po prostu je kocha i mocno ceni czas. Szanuje ludzi. Zawsze słowny, szarmancki i elegancki. Mój zachwyt nad nim, mógłby być odebrany jako bardzo subiektywny z powodu dobrej znajomości, ale to rzesze pacjentów z całego kraju odmieniają jego
nazwisko przez wszystkie przypadki z zachwytem, uznaniem, szacunkiem, wdzięcznością. Znajomi i przyjaciele go uwielbiają, a koledzy po fachu mogą się od niego tylko uczyć! I w kwestiach zawodowych, i w kwestiach międzyludzkich. Za bogaty dorobek naukowy
został nagrodzony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski oraz Nagrodą Ministra Zdrowia I Stopnia za działalność naukowąi organizacyjną w dziedzinie proktologii. Jest wybitnym specjalistą w zakresie chirurgii ogólnej oraz chorób jelita grubego.
Wykonuje zabiegi w ramach chirurgii onkologicznej. Leczy i diagnozuje m.in. choroby jelita grubego, odbytnicy i odbytu, w tym hemoroidy. Udziela pomocy pacjentom dotkniętym problemem nowotworu.

Bianca-Beata Kotoro: Kiedy pojawił się u Ciebie pomysł by zostać lekarzem, chirurgiem?

Adam Dziki: Już w dzieciństwie to wiedziałem, choć nie pochodzę z żadnej rodziny lekarskiej. Urodziłem się na Mazurach, na wsi i tam wychowałem. Od dziecka chciałem zostać chirurgiem! Wiedziałem, że chirurg robi operacje i uzdrawia w ten sposób ludzi.
To aż tak odległe pragnienie i postanowienie, które udało się spełnić. Nigdy nie wyobrażałem sobie innego zawodu. Jak szedłem do liceum, to chciałem zapisać się tam, gdzie będzie łacina, ponieważ wiedziałem, że będzie mi potrzebna. Na szczęście nie
trafiłem do tej klasy, tylko do klasy z angielskim!

B-BK: Na szczęście?

AD: Tak, bo tam ostro przesadzali z tą łaciną (śmiech). Potem trafiłem na studia i od pierwszego roku wiedziałem, że muszę być chirurgiem. Od trzeciego roku byłem w kole naukowym, potem zostałem szefem tego koła.

B-BK: Studia w Akademii Medycznej w Łodzi ukończyłeś w 1975 roku, otrzymując dyplom lekarza, a już pięć lat później ukończyłeś studia doktoranckie.

AD: A dwanaście lat później otrzymałem habilitację w Wojskowej Akademii Medycznej w Łodzi.

B-BK: A pięć lat później w 1997 roku…

AD: Otrzymałem z rąk ówczesnego prezydenta RP Aleksandra Kwaśniewskiego tytuł profesora zwyczajnego.

B-BK: Ale powiedz o wszystkim, w twoim życiorysie nie brakuje przecież zagranicznych staży?

AD: Tak, byłem m.in. w Elpis Hospital w Atenach w 1974 roku, University of Zagreb w Jugosławii w 1976 roku oraz University of Utrecht w Holandii w 1981 roku, zaś w 1985 roku udałem się do Paryża na Światowy Zjazd Chirurgów.

B-BK: W latach osiemdziesiątych to nie było takie proste…

AD: Jasne, że nie! Pojechałem tam starą skodą, mieszkając u syna moich znajomych, w wyjątkowo skromnych warunkach. Ale było warto, tam poznałem inne osoby i wyjechałem później na inny zjazd, gdzie poznałem pewnego Amerykanina, który zaprosił mnie na stypendium.
Wystąpiłem o stypendium do Fundacji Fulbright’a, i je dostałem. Byłem ta rok. Potem przedłużono mi stypendium na kolejny rok. I potem jeszcze jeden (śmiech).

B-BK: I w taki sposób zebrałeś materiały do pracy habilitacyjnej.

AD: Tak, pełniąc funkcję pracownika naukowego w Szpitalu Marynarki Wojennej Stanów Zjednoczonych w Waszyngtonie. To był bardzo dobry czas.

B-BK: Który nadal trwa…

AD: Prawdę mówić tak. I wiesz, jestem szczęśliwy i dumny z tego, że jestem najbardziej uhonorowanym chirurgiem w historii polskiej chirurgii. Jestem członkiem honorowym ośmiu Towarzystw.

B-BK: Nikt w Polsce nie miał tylu członkostw honorowych, a są przecież nadawane za uznanie pozycji, za osiągnięcia naukowe i organizacyjne.

AD: Przede wszystkim są to prestiżowe wyróżnienia. Nieskromnie mówiąc jestem jedynym żyjącym i drugim w historii Polakiem wybranym na członka honorowego Amerykańskiego Towarzystwa Chirurgów. Nominację wręczał mi sam prezydent organizacji w czasie zjazdu
w Nowym Orleanie. Zasada w tym Towarzystwie jest taka, że żyjących członków honorowych może być tylko 100.

B-BK: Nie miałbyś tego wyróżnienia bez uznania wśród medycznych autorytetów.

AD: Fakt, miałem też zaszczyt być prezydentem największego europejskiego towarzystwa chirurgicznego, zajmującego się chirurgią jelit.

B-BK: Również królowa angielska przyjęła cię do Królewskiego Towarzystwa Chirurgów Anglii.

AD: Choć mocno chcę podkreślić, że bardzo, ale to bardzo cenię sobie i jestem dumny, że jestem członkiem honorowym Towarzystwa Chirurgów Polskich.

B-BK: Kilka lat temu zaproponowano ci posadę kierownika nowojorskiego szpitala Memorial Sloan-Kettering Cancer Center.

AD: I jak wiesz, jednak odmówiłem. Tu jest mój kraj, moja kariera i najważniejsze – moja rodzina. Bez rodziny nie można daleko zajść. Praca i kariera są ważne, ale trzeba to gdzieś wszystko wypośrodkować. Na pewno trzeba pracować, ciężko pracować i trzeba
mieć pewne predyspozycje oraz trochę szczęścia.

B-BK: Które trzeba umieć dobrze spożytkować.

AD: Myślę, że na swojej drodze życiowej spotkałem i spotykam ludzi, którzy byli mi przychylni, którzy byli mi pomocni, podpowiedzieli, doradzili. Pomogli czy też ułatwili zdobycie różnych kontaktów. W tym roku będzie XII Międzynarodowe Sympozjum Proktologiczne,
które skupi 25 zagranicznych mówców.

B-BK: To wymaga dużo wysiłku, zachodu.

AD: Przekonania ich, żeby przyjechali (śmiech), że warto. Sama organizacja sympozjum jest trudna. Trzeba zebrać fundusze na to wszystko, a koszty są bardzo wysokie.

B-BK: Od pewnego czasu jesteś współwłaścicielem powiatowego szpitala w Brzezinach.

AD: Tak, zgadza się. Jest to pierwszy publiczny szpital w regionie, którego współwłaścicielem stał się lekarz.

B-BK: Światowej sławy specjalista! A przez ten czas placówka zmieniła się nie do poznania.

AD: Zrobiliśmy gruntowny remont z nowoczesnymi oddziałami. Mówię MY, bo ta inwestycja nie jest przecież tylko moja jak wiesz.

B-BK: To było ogromne wyzwanie. Kto cię wsparł?

AD: To wspólna inwestycja kilku podmiotów, między innymi spółki giełdowej Pelion. Obecny szpital to modelowe rozwiązanie w zakresie organizacji ochrony służby zdrowia polegające na partnerstwie pomiędzy lekarzami o najwyższym światowym poziomie i podmiotami
odpowiedzialnymi za część organizacyjną i finansową. Partner, który zna się na biznesie przy takiej inwestycji jest kluczowym elementem zapewniającym osiągnięcie zakładanych celów.

B-BK: A twoja rola?

AD: Moja rola w realizacji tego projektu była i jest zupełnie inna. Występuję w spółce w charakterze osoby, która ma pomysły i chce zaangażować się w część dotyczącą działalności medycznej. Na świecie przecież tak jest, że profesorowie uniwersyteccy w
godzinach popołudniowych pracują w prywatnych klinikach i są też współwłaścicielami szpitali, klinik czy przychodni, albo je prowadzą. Mam to szczęście, że mam partnera, który postanowił wesprzeć moje pomysły.

B-BK: Nie chciałeś rezygnowałeś z pracy na Uniwersytecie Medycznym?

AD: Absolutnie nie. Cała moja kariera jest związana z Uniwersytetem Medycznym. Tutaj zdobywałem pierwsze szlify, zrobiłem doktorat, potem habilitację i zostałem profesorem. Na dobrą sprawę pozycję, którą osiągnąłem, zawdzięczam uczelni i nie wyobrażam
sobie również pracy poza nią. Prowadzę wykłady na całym świecie i wszędzie chwalę się tym, że wywodzę się z Uniwersytetu Medycznego w Łodzi.

B-BK: A ryzyko?

AD: Ono zawsze istnieje. Przed szpitalem stoi teraz nie lada wyzwanie – inwestycja została sfinansowana przecież kredytem bankowym i przez kolejne lata będzie musiał go spłacać.

B-BK: Po co taki biznes najbardziej pożądanemu i uhonorowanemu chirurgowi?

AD: Znasz mnie, lubię nowe wyzwania, nie mogę usiedzieć na miejscu. W twojej gwarze terapeutycznej nazywacie to ADHD (śmiech). Nie potrafię przyjść do domu i po prostu oglądać telewizji. Współpraca z prezesami Pelionu przy tej inwestycji dała i daje mi
zupełnie nowe spojrzenie na życie i biznes. Wiele się mogę nauczyć. Ktoś kto się na tym nie zna, nie poprowadziłby sam szpitala. Mam wizję, którą chcę zrealizować. Przed rozpoczęciem inwestycji odwiedziliśmy kilka najlepszych szpitali, w tym również
w Szwajcarii. Chcieliśmy uczyć się od najlepszych i tę wiedzę przełożyć na polską rzeczywistość. Wiemy w jakich warunkach pracują zagraniczni koledzy i w jakich warunkach leczeni są pacjenci. Dążymy do tego by pacjent, który przyjdzie się leczyć do
naszego szpitala miał pewność, że w obszarach w których go leczymy otrzyma opiekę na najwyższym poziomie.

B-BK: Ilu pacjentów dziennie operujesz?

AD: Średnio trzech-czterech i mam siłę na więcej.

B-BK: W czym tkwi taka siła i potencjał?

AD: (Śmiech) w pasji, i raz jeszcze w pasji… do polowania! Mój dziadek dużo polował, ojciec był aktywnym i zapalonym myśliwym. Od dziecka uczestniczyłem w polowaniach. Jest to piękna pasja, obcowanie z przyrodą, spotkanie z kolegami. Są emocje i adrenalina,
ale przy tym absolutnie relaks i wypoczynek. Czas na zastanowienia, przemyślenia i refleksje.

B-BK: Syna zaraziłeś tą pasją. Wnuka też chcesz?

AD: Absolutnie tak! Będę zarażał. Córy mi się nie udało… nie podziela tej „barbarzyńskiej” pasji.

B-BK: Byłeś pacjentem?

AD: Miałem operowane stopy i wycinane migdałki. Wycinki miło nie wspominam (śmiech), ale operacja stóp – super. Wspaniały zespół medyczny i obsługa. Myślę, że lekarzem trzeba się urodzić, to na pewno jest misja. Tego nie można traktować tylko jak wyuczonego
zawodu. Mam wielki szacunek dla chorych, dla pacjentów. Staram się tak rozmawiać, jak bym był w ich roli. Staram się mówić w taki sposób, w jaki sam bym chciał być traktowany.

B-BK: A życie?

AD: Traktuję bardzo tymczasowo. Wierzę, że dzisiaj jest super, jestem szczęśliwy. Doceniam to! Widziałem tyle przewróconych karier, dramatów… Nigdy nie zachowuję się jak ten, który jest na topie i nikt i nic mu nie jest w stanie zrobić. To ślepy zaułek.
Jestem zakochany w życiu i szczęśliwy, ale jednocześnie z dużym respektem podchodzę do przyszłości. Uważam i głęboko wierzę, że dobro zawsze zostaje oddane. A w życiu są tylko dwa kolory: czarny i biały. Trzeba być po prostu po białej stronie. Być
uczciwym. Ktoś, kto nie jest uczciwym – daleko nie zajdzie. Jeśli komuś się po prostu wydaje, iż jest w stanie kogoś oszukać i uzyskać jakąś korzyść – zwykle, jak to życie pokazuje – jest to krótkotrwałe. Naczelną rzeczą jest móc spojrzeć sobie i
komuś prosto w oczy.

B-BK: A prywatnie?

AD: Lubię rozmawiać, jak teraz (śmiech), przy dobrej kawie. Lubię sport. Niestety czytam za mało książek, ale jak wiesz zawsze obiecuję, że na emeryturze to nadgonię. Jeżeli podróżuję służbowo, to zawsze chcę być odebrany jak najbardziej profesjonalnie.
Chcę swoim wykładem wzbudzić zaciekawienie, ale i zdziwienie, zaskoczenie. W prywatnych wyjazdach lubię zwiedzać różne dziwne miejsca. Wyrosłem jednak już z wyjazdów plecakowo-namiotowych. Lubię zwiedzać, ale potem komfortowo odpocząć. I ubolewam
nad jedną rzeczą: że w tym pięknym kraju jakim jest Polska nie docenia się pracy i uczciwości. Jeżeli ktoś ciężko pracuje, jest ambitny i powodzi mu się dobrze, to jest obiektem zazdrości i zawiści. A w szkołach jest kult przeciętniaka, który się
ma nie wychylać i znać swoje miejsce w szeregu. Z tym się nie mogę pogodzić.