Autor: Bianca-Beata Kotoro

 

Prof. dr hab. n. med. Tomasz Banasiewicz pracuje na Oddziale Klinicznym Chirurgii Ogólnej, Endokrynologicznej i Onkologii Gastroenterologicznej Szpitala Klinicznego im. H. Święcickiego w Poznaniu. Zajmuje się przede wszystkim chirurgią przewodu pokarmowego
oraz chirurgią endokrynologiczną. Dużą część jego pracy stanowi opieka nad chorymi z różnego rodzaju nowotworami, przede wszystkim jelita grubego.

„To Anioł nie lekarz. Podchodzi do pacjenta jak do człowieka, niesamowicie indywidualnie, z troską, cierpliwością, zainteresowaniem. Słucha. Każdego traktuje jakby to był najważniejszy przypadek w danym momencie. Nie odpuszcza, dopóki nie zrobi wszystkiego
co można. Niesamowita wiedza, niesamowite umiejętności, kompetencja, inteligencja, mądrość” – pisze o nim wdzięczny pacjent, a takich są setki.

Tomasz, zwany przez znajomych i przyjaciół Bananem, uczestniczył w wielu wypraRADA FUNDACJI BLISKIE SPOTKANIA CZĘŚĆ 6 Rozmawia: Bianca-Beata Kotoro Zdjęcia z archiwum: Tomasza Banasiewicza wach wysokogórskich: Andy, Karakorum, Kaukaz, Alpy i eksploracyjnych
jak przejazd UAZ-ami przez pustynię Karakorum, zimowe przejście Płaskowyżu Byrranga w północnej Syberii. Jest organizatorem i uczestnikiem medycznych misji charytatywnych. Współtworzył i prowadził szpital w Rafai, w Republice Środkowoafrykańskiej
oraz współpracował z Uniwersytetem Bugando w Tanzanii. Reżyser i producent dokumentalnych oraz fabularyzowanych filmów górskich.

Jeśli na swojej drodze trafialiśmy na osoby, które już przy pierwszym poznaniu sprawiają wrażenie, że od lat jesteśmy serdecznymi przyjaciółmi, to już mamy podglądowy obraz Tomasza. Umiejętność nawiązywania kontaktu i wysoki poziom empatii oraz poczucie
humoru zjednują mu ludzi. Pacjenci przyjeżdżają z różnych zakątków Polski do Poznania, aby oddać się w jego cudowne ręce. Po prostu doskonały i perfekcyjny fachowiec, wspaniały, empatyczny człowiek.

Bianca-Beata Kotoro: Tomku, Człowieku Renesansu, bo to najlepsze podsumowanie Twoich licznych zainteresowań jak pisanie wierszy, wspinaczka wysokogórska, kajakarstwo, reżyseria, zaangażowanie w projekty wolontarystyczne i liczne projekty naukowe, książki,
konferencje… Co zdecydowało, że jako osoba z rodziny o korzeniach artystycznych, wybrałeś medycynę i oddałeś się jej z takim zaangażowaniem?

Tomasz Banasiewicz: Fakt jest taki, iż ojciec był artystą- -rzeźbiarzem a mama nauczycielką, czyli reprezentowali dwa skrajne nurty intelektualne i podejścia do życia (śmiech). Ale teraz poważnie. Patrząc na swojego ojca miałem wrażenie, że bardzo mi
imponuje takie jego działanie manualne, to że on kształtuje i tworzy wszystko swoimi rękoma – to fantastyczna sprawa. Mama zaś typowy mol książkowy. Taka rodzina daje fundamenty i inspiracje. A medycyna, nie wiem czy wiesz, ale była trochę przypadkiem…

B-BK: To znaczy?

TB: Chciałem iść na historię. Ba, dotarłem do finału olimpiady historycznej i dostałem indeks na historię. Wtedy też doszedłem do wniosku, że tej całej historii, to ja się już nauczyłem, a resztę to mogę sobie doczytać. Poza tym, pewien mądry profesor,
a trzeba zaznaczyć, iż były to czasy komuny, a ja miałem długie pióra na głowie…

B-BK: I byłeś starym metalowcem (śmiech).

TB: Jasne! Powiedział, cytuję: „Weź ty synku i spie…j z tej historii. Znajdź sobie jakiś porządny zawód, boś porządny człek”. Taką radę dostałem na boku od zacnego profesora.

B-BK: I?

TB: I stwierdziłem, że medycyna, ale tylko po to – żeby robić psychiatrię. Pamiętaj, że byłem pod wpływem „Lotu nad kukułczym gniazdem” (śmiech).

B-BK: Co się zmieniło?

TB: Rzeczywistość uderzyła (śmiech). Zajęcia z psychiatrii… i zdałem sobie sprawę z możliwości realnych tej specjalizacji.

B-BK: Więc?

TB: Wybór padł na chirurgię. To była konsekwencja szukania czegoś, co wymaga oprócz wiedzy, decyzyjności. W chirurgii jest ona najważniejsza. Przy stole operacyjnym nie można jej odwlec, nie ma szans, tam trzeba działać – i to mi odpowiada. To jest to.

B-BK: Oprócz decyzyjności?

TB: Najfajniejsze jest to pewne przełożenie na działanie, takie zero-jedynkowe. Jeżeli zrobisz dobry zabieg i masz poczucie, że problem jest rozwiązany, bo to dość istotne (śmiech) i te trzy godziny walki się opłacały, jest ekstra. No i druga najfajniejsza
sprawa – to rozmawianie z pacjentami.

B-BK: Z ust lekarza, to raczej rzadkość coś takiego usłyszeć…

TB: Dla mnie to ważne i satysfakcjonujące. Często mówię studentom, aby pamiętali o tym dialogu z pacjentem. Aby wykreowali sytuację, w której ten konkretny pacjent ma poczucie, że właśnie znalazł razem z nami ścieżkę rozwiązania swoich problemów. Nie
gwarancję! Ale ścieżkę. Jego poczucie uczestnictwa w tym całym procesie, zaangażowania i zrozumienie trudności – to już 30% powodzenia! Udowodnione! A ja nie raz to sprawdziłem empirycznie.

B-BK: Plan musi być.

TB: Obowiązkowo. Dobrze wiesz, że ludzie korzystający z systemu opieki zdrowotnej boją się tego chaosu leczenia. Boją się tego, że dziś tu i teraz dostaną jakieś leki, ale co później? Nie wiedzą co będzie dalej. Natomiast jak im nakreślisz pewien plan,
i gdzieś umieścisz zabieg lub kilka, to oni idą w to. Na to namawiam studentów oraz na to, iż pacjent nie może powiedzieć „będą mnie operować” – tylko „że będę operowany”.

B-BK: Ten niuans językowy jest ważny?

TB: Wyrażenie „jak będą mnie operować” może oznaczać stan niezrozumienia, że to jest dla jego dobra.

B-BK: Po prostu – ktoś mu kazał zrobić ten zabieg.

TB: Dokładnie. Ale jak powie „będę operowany”, to jest to takie poczucie, że to jest najlepsze co można w jego sytuacji zrobić. Wtedy jest to zupełnie inny pacjent, inna rozmowa i inne podejście. Może brzmi to trochę górnolotnie, ale na prawdę działa.

B-BK: Ktoś dał Ci taki wzór?

TB: Miałem to szczęście, iż miałem świetne wzorce. Kliniką kierował fantastyczny chirurg, ale też i człowiek, profesor Michał Drews. Ja w codziennej pracy miałem największy kontakt ze znanym ci z pewnością Piotrem Krokowiczem. Jemu podobało się, że robię
prace naukowe, piszę i działam. Snułem się za nim i widziałem jak on nawiązuje kontakt z pacjentem. Jako młody gówniarz miałem nieraz rozmowę z pacjentem na sali, który był zdołowany… I wchodził Krokowicz, pełen energii i dawał mu i nam dookoła
zastrzyk energetyczny.

B-BK: Co robił?

TB: Po prostu wchodził miły facet, do tego uśmiechnięty i pełen empatii. Pacjent miał poczucie, że ten człowiek ma taką siłę, że on na pewno da radę! Kto, jak nie on! Bardzo mi się to podobało, imponowało mi.

B-BK: A inne autorytety w Twoim życiu, osoby do naśladowania?

TB: Mój ojciec był takim guru dla mnie. Jako że był rzeźbiarzem, w domu był rzadko, a często w pracowni. Był pasjonatem swojej pracy. ale był taką ostoją, takim sprawiedliwym, serdecznym człowiekiem, który nas kochał. Był człowiekiem o dużym spokoju i
równowadze. Nawet jak się pokłócili z mamą, to nigdy on i ona nie przekroczyli granic. Pomimo że mama jako ta bardziej emocjonalna i zmęczona codziennością z nami, czasem dawała do wiwatu. Jego postawa była wzorowa, tak to przynajmniej widzę. Gdy
byłem nastolatkiem, to koledzy mówili o nim, że jest ok! Taki na luzie, spokojny, nikogo nie udawał. Jak wprowadzili w szkole wolne soboty, to my z tatą śniadanko, termosik, plecaczek i ruszaliśmy w lasy podpoznańskie. Znam je wszystkie na pamięć.
Wszystkie takie pierwsze wyjścia były z ojcem. Spowodował, że chodzenie po lasach i górach było i jest dla mnie wspaniałym sposobem na spędzanie wolnego czasu. Absolutnie naturalnym. Mam nadzieję, że to przekażę też swoim dzieciom. Bardzo bym chciał.

B-BK: A jak u ciebie z dobą? Jak ją wydłużasz na te wszystkie aktywności?

TB: (Śmiech) No nie wydłużyłem, choć próbowałem! Cały czas mam wrażenie, że nie ogarnąłem poprzedniego dnia. Brałem tysiąc rzeczy i nie było problemu, abym dorzucił kolejną, bo przecież dam radę. Niestety doszedłem do etapu, gdzie sam się tak zawaliłem,
że zacząłem tracić kontrolę. Zawsze lubiłem szybko i dużo pracować, ale pogodzenie tego wszystkiego zaczęło faktycznie przekraczać granice możliwości wykonania.

B-BK: A sposób na rozciągnięcie doby, nadal nierozwiązany (śmiech).

TB: Więc jestem teraz na etapie rezygnacji (śmiech). Odpuszczania i niebrania. Ćwiczę gradację zadań i asertywność, choć nigdy wcześniej tego nie robiłem. Od niepamiętnych czasów jak ktoś przychodził do mnie z nowym pomysłem, zawsze mówiłem „jasne, robimy”.
Teraz, gdy zjawi się ktoś z pomysłem, nawet fajnym i ciekawym, ja z góry nastawiam się, że nie dam rady czasowo. Proszę, aby ktoś nawet nie zaczynał, bo jak nawet mnie podpuści i ja powiem – super, wchodzę w to, no to jest to nierealne, nie wywiążę
się z zobowiązań.

B-BK: Co dało Ci taką lekcję życia?

TB: Nauczyłem się, oj nauczyłem i to bardzo, bardzo dobrze, że to hasło „zrobimy to”, przekształcało się w między czasie. Ci, z którymi miałem to robić, pytali mnie „czy już zrobiłem” i to mi bardzo uprościło, i bardzo ułatwiło sztukę rezygnacji. Cóż,
mniej lub bardziej świadomie wybierali mnie, a ja czułem się odpowiedzialny, skoro powiedziałem tak i się zaangażowałem, a pracy się nie boję, ba wręcz lubię, to szkoda by było nie zamknąć tego, co rozpocząłem. I tak wiele publikacji, projektów i
innych rzeczy „zrobiliśmy” (śmiech). Reasumując, moja sztuka rezygnacji polega na tym, że wybieram teraz tylko te rzeczy, przy których mam poczucie obowiązku, że powinienem je zakończyć czy prawidłowo poprowadzić. Nareszcie sprawy rodzinne zaczynają
być coraz bardziej priorytetowe.

B-BK: Twój sposób?

TB: Nowy, zaznaczyłem sobie w tym roku w kalendarzu prócz różnych konferencji, zjazdów czy szkoleń do końca roku, co drugi weekend – zajęte i kropeczki z dopiskiem „domowo”, aby mnie nie korciło coś sobie wcisnąć, na coś się zgodzić. Zobaczymy jak to
się sprawdzi.

B-BK: Jak w tym wszystkim odnajduje się Twoja rodzina?

TB: Cholernie mnie wspiera! Choć ja się naprawdę staram, przynajmniej w moim mniemaniu. Robię wszystko, co w danym momencie jestem w stanie zrobić. To jednak mam głębokie poczucie, że jest to niestety kosztem Agnieszki, czyli mojej żony. Ja się staram,
ale w sytuacji, w której na przykład dziecko jest chore, to ona zostaje, oczywiście robiąc kombinacje alpejskie. Mam w niej olbrzymie wsparcie i na pewno nie dałbym rady ogarnąć rzeczywistości, ani nie był w tym miejscu, gdzie jestem. Ja próbuję mocno,
to znaczy tak sądzę, w to włączyć się, ale w momencie godziny zerowej, to ona zostaje. A też ma swoją pracę. Bez wsparcia kogoś takiego daleko się nie zajedzie. To nie oznacza oczywiście, że jej szlag czasami nie trafia. Ale wiem, że mnie rozumie
i wspiera, to bardzo ważne.

B-BK: Zostałeś profesorem belwederskim w bardzo młodym wieku…

TB: Tak, u mnie pewne rzeczy zawodowe potoczyły się w relatywnie młodym wieku. Zazwyczaj ma się więcej latek i odchowane dzieci, a ja mam jak wiesz małe, w wieku przedszkolnym i szkolnym. Trochę inaczej się wtedy funkcjonuje. Ratuje mnie i zawsze ratowała
minimalistyczna potrzeba snu.

B-BK: To znaczy?

TB: Mogę wstać o 6 rano dziarski jak skowronek, po tym jak popracuję czy poimprezuję do 2 czy 3. To wprawdzie żadna moja zasługa, po prostu tak mam. Szybka regeneracja, nawet po solidnej imprezie. Wielokrotnie łapałem się na tym, jak ona się kończyła
i koledzy zalegali, a ja sobie przypominałem, że mam coś napisać, opracować czy jakieś badania poczynić, robiłem to. Był okres, trwający kilka lat, gdy miałem średnio w różnych miejscach po 20-22 dyżury w miesiącu, wystarczało mi krzesełko i mała
drzemka, i mogłem dalej dziarsko działać.

B-BK: A kwestia stomii? I podejścia do niej?

TB: Nauczyłem się traktować stomię jako rodzaj pomostu. Najpierw to ja muszę wytłumaczyć pacjentowi, dlaczego ten zabieg jest konieczny, dlaczego to wyjście, które ja proponuję jest najlepsze moim zdaniem, a czasami jest jedynym rozwiązaniem. Aby dany
chory wyszedł szczęśliwy i uśmiechnięty, to dochodzę wspólnie z nim do takiego etapu, w którym mówię, że ceną tego uśmiechu na twarzy będzie stomia. Ta stomia jest ścieżką wyjścia i powrotu do domu, i dobrego funkcjonowania. Przecież po to robimy
stomię, nikt nie robi stomii na złość. Ona ma poprawiać funkcjonowanie, bo inaczej ten zabieg nie miałby sensu. Staram się ze wszystkich sił uzmysłowić pacjentom, co tracą, nie mając stomii. Przecież chcą żyć, a mają raka, krwawią, umierają z wycieńczenia.
Świadomość ludzi naprawdę się zmienia i generalnie te rozmowy są coraz łatwiejsze.

B-BK: Ale jak ktoś odmawia? Mówi, że stomia to koniec życia?

TB: Wczoraj miałem taką pacjentkę, gdzie rozmowa zaczęła się od deklaracji, że ona kategorycznie odmawia stomii, a ma bardzo ciężkie zapalenie jelit.

B-BK: I?

TB: Po pół godzinie rozmowy, sama doszła do wyrażenia zgody, co do stomii – jak nie będzie innego wyjścia. Pacjent musi mieć poczucie, że wyczerpaliśmy wszystkie inne możliwości. Że ten wybór nie jest ułatwieniem dla chirurga.

B-BK: Dlaczego?

TB: Już wyjaśniam. Uwielbiam ten argument, który bardzo ułatwia mi życie jak tłumaczą o stomii. A więc, wyłonienie stomii jest dodatkową czynnością operacyjną, na koniec długiego, często skomplikowanego zabiegu. Nogi bolą, kręgosłup także, a tu trzeba
jeszcze dodatkowe pół godziny spędzić przy stole operacyjnym. Poza tym, procedura ta w żaden sposób nie jest refundowana ani przez NFZ, ani przez szpital – więc to nie jest tak, że nam się to opłaca! Więc jeśli ją wykonujemy, to dlatego, że wiemy,
że bez niej będzie gorzej. I to musi zrozumieć pacjent i nam uwierzyć!

B-BK: Wybiegając w przyszłość, myślisz, że przyjdzie taki moment, gdzie stomiom powie się STOP? Era końca stomii nastąpi?

TB: Całkowicie nie wyeliminujemy stomii. Nie damy rady doprowadzić do sytuacji, że przy ciężkim urazie jamy brzusznej, przy uszkodzeniu, rozerwaniu jelit będziemy w stanie się bez niej obyć. Może uda się nam popracować i opanować do perfekcji zespolenia…
Stosujemy już w tej chwili różne modyfikacje techniczne, jak na przykład gąbki z czynnikami hemostatycznymi do „doszczelnienia” zespolenia. To może zmniejszyć ilość stomii. Ale tylko zmniejszyć. Są nowe kierunki jak GHOST Stoma czyli „duch stomia”,
gdzie podwiesza się jelito na specjalnym odciągu i jak coś zaczyna się dziać, chirurg nacina brzuch i wyciąga na tej „tasiemce” jelito. Ale znowu jesteśmy na etapie takim, że robimy jak się coś zaczyna dziać. Na pewno w kategorii globalnej, epidemiologicznej
nie możemy powiedzieć, że stomia trafi do lamusa. Trzeba sobie jasno powiedzieć, że wyłonienie stomii jest jedynym postępowaniem, które w przypadku bardzo wysokiego ryzyka nieszczelności jest rekomendowane, wtedy po prostu powinniśmy ją zrobić. Alternatywy
nie ma.

B-BK: A życie?

TB: Ono nigdy nie zmusiło mnie do wielkiego kompromisu, ani tym bardziej do postawienia jakiejś decyzji na ostrzu noża. Nie miałem i nie musiałem uczestniczyć w jakichś takich zgniłych układach. Miałem to szczęście, że idąc tą swoją ścieżką konsekwentnie
do przodu, nie musiałem nigdy z niej zbaczać. Trafiłem na bardzo pożądnych, przyzwoitych ludzi w pracy, życzliwych i mądrych starszych kolegów i przełożonych, którzy mnie nie tylko nie blokowali, ale wspierali w moich działaniach. Dzięki temu miałem
dużą samodzielność. Robiłem to, do czego byłem przekonany.

B-BK: Jakie jest Twoje życiowe motto, które daje Ci siłę?

TB: To jest dobre pytanie i nie wiem, czy się odważę sformułować… No dobrze, takie moje prywatne, bardzo i głęboko prywatne to – „nie bać się niczego, poza chorobami w rodzinie i wojną”, a wojną tylko ze względu na ryzyko dla rodziny. Poza tym nie bać
się wyzwań, nie bać się ich podejmowania! Traktować rodzinę i swoje pasje jako pewnego rodzaju podstawowy drogowskaz i kierunek, zaś pracę zawodową jako fantastyczne wyzwania, które urozmaicają tą drogę i są wspaniałym dodatkiem. Dają napęd, żeby
się poruszać i iść do przodu. Mam to cholerne szczęście w życiu, iż trafiam na fajnych ludzi, tak jak moja żona Agnieszka czy wspomniany wcześniej Piotr Krokowicz.

Kiedy…
Kiedy umierałem
myślałem, że patrzy na mnie cały świat,
że płaczą i rzucają kwiaty na grób.
Kiedy umierałem
było mi dobrze wiedząc,
że śliczne dziewczyny
będą całować moje zimne policzki.
Kiedy umierałem
cieszyłem się z twardych, męskich łez,
jakie będą spływać
po twarzach mych przyjaciół.
Kiedy już umarłem
nie było przy mnie nikogo.
Nawet trumnę musiałem
zanieść sobie sam na cmentarz.
Tomasz Banasiewicz

Noc
Kiedy zapada ciemność,
Oszalałe ze strachu krzewy chłepcą
Chciwie krew wieczornej rosy
wystawionej na żer ich pragnienia.
Kiedy zapada ciemność,
Kaleka na rogu ulicy żałuje, że nie ma rąk
By zakryć nimi oczy przed mrokiem.
Kiedy zapada ciemność,
Ludzie małymi stadkami chowają się
W norach wykopanych
przez pracowite borsuki.
Kiedy zapada ciemność,
Odwaga narzuca czarną pelerynę
I dygocąc ze strachu nuci psalmy.
Kiedy zapada ciemność,
Tak trudno przejść obok
Drugiego człowieka
i nie kopnąć go w twarz.
Kiedy zapada ciemność,
Siadam nad kartką papieru
Trzymając kurczowo długopis.
Zabijam torturujące mnie minuty
Szepcząc błagalnie byle do rana,
Byle do rana,
Byle do rana.
Kiedy nadchodzi poranek,
Znajdują mnie zawsze śpiącego
na kartce papieru,
Z poderżniętym przez księżyc gardłem.
Tomasz Banasiewicz

Wyliczanka
Nie powinienem się wieszać,
Bo trup wygląda brzydko.
To jest raz
Nie powinienem się wieszać,
Bo sprawię przykrość rodzinie.
To jest dwa
Nie powinienem się wieszać,
Bo nie oddałem jeszcze wszystkich długów.
To jest trzy
Nie powinienem się wieszać,
Bo moja matka będzie płakać.
To jest to samo co dwa
Nie powinienem się wieszać,
Bo nie mam w domu porządnego haka.
To jest cztery
Gdy doliczyłem do dziesięciu
miałem już skręcony sznur.
Tomasz Banasiewicz

Nie możesz być przecież wszędzie naraz.
Mówili przybijając mi ręce do stołu.
Nie możesz być przecież wszędzie naraz.
Mówili, gdy zakrwawiony
uciekałem bez dłoni.
Nie da się dotrzeć wszędzie.
Mamrotali obmurowując mi nogi cegłami.
Nie zdobędziesz wszystkich szczytów.
Krzyczeli goniąc mnie
kuśtykającego bez stóp.
I nie przepłyniesz wszystkich mórz.
Szeptali chowając mi wnętrzności do szafy.
Tak, możesz nam wierzyć przyjacielu.
Perswadowali łagodnie patrząc na mój
podrygujący kadłub.
Nim możesz przecież być wszędzie naraz.
Śmiali się odcinając mi głowę.
Wtedy im uwierzyłem.
Tomasz Banasiewicz

Już nawet ślepcy wyprzedzają mnie
w tym cholernym wyścigu życia.
Wyboista droga nie jest żadną przeszkodą
dla beznogich.
Z pieśnią na ustach mijają mnie niemi,
a zaraz za nimi, by nie uronić ni słowa,
śmiesznie truchtają głusi.
A ja stawiam sobie powoli krok za krokiem.
Zerkam na pilnujących nas aniołów stróżów.
Czekam na krótki choćby moment
ich nieuwagi.
Wtedy czmychnę sobie w pola, lasy,
łąki, bagna.
Wszystko jedno dokąd.
Byle nie do mety.
Tomasz Banasiewicz