future…..

 

                                    teraźniejszy……..

 

CZAS przeszły……

 

Wywiad z Łukaszem Jargieło

Rozmawia Mirela Bornikowska

 

zdjęcia: Tomasz Szopa

 

Mirela Bornikowska: Witaj Łukaszu, użytkownikom Facebooka znany bardziej jako „Łukasz Czego Szukasz”, natomiast najbliższym znajomym jako Future. Po naszym spotkaniu na żywo, latem, w nadmorskich Dąbkach, bardzo się cieszę, że możemy znowu rozmawiać. Czy zechciałbyś naszym czytelnikom przedstawić się bliżej, zanim poznają twoją nie tyle trudną, co fascynującą historię?

Łukasz Jargieło: Mam 33 lata i mieszkam na Górnym Śląsku w małej miejscowości pod Rybnikiem. W tym roku obchodziliśmy z moją żoną Natalią drewnianą rocznicę ślubu, natomiast Nejcia, jak ją wszyscy nazywają – towarzyszy mi w życiu już od 15 lat. Póki co, naszą miłość przelewamy na dwójkę naszych wspaniałych kotów rasy Maine Coon – kotkę Litchi i kocura Mango, które są z nami od 2019 roku. Z wykształcenia jestem farmaceutą i pracuję w zawodzie.

MB: Nie trudno się domyślić, że jesteś stomikiem, a twoje jelita nie pracują tak, jak u zdrowych ludzi. Czy możesz nam opowiedzieć, jaki przebieg miała twoja choroba, zakończona wyłonieniem stomii?

ŁJ: Decydując się na usunięcie całego jelita grubego wraz z odbytem, definitywnie zakończyłem swoją „przygodę” z wrzodziejącym zapaleniem jelita grubego (WZJG), która trwała od 2012 roku. Stomia będzie ze mną już na zawsze. Wyłonienie było moją inicjatywą i pomysłem na to, jak pokonać szalejącą chorobę, która przez 3 lata przed operacją okropnie mnie doświadczała. W tym roku, 6 lipca  minął rok mojego nowego, lepszego życia. Przy tej okazji chciałbym podziękować całej załodze Kliniki Chirurgii Przewodu Pokarmowego CSK w Katowicach, a w szczególności pani dr n. med. Darii Drance-Bojarowskiej za kunsztowne dzieło, jakim jest moja stomia, oraz pielęgniarce stomijnej pani Marcie Targowskiej za czułą opiekę pooperacyjną i słowa, których nigdy nie zapomnę: „Nie zostawię pana z tym samego”. Dzięki Wam narodziłem się na nowo.

MB: A jak wyglądało twoje życie przed operacją?

ŁJ: Ostatnie 3 lata aktywności choroby były w większości czasem utraconym, wypełnionym cierpieniem, lękiem, zmartwieniami. Zarówno sprawność intelektualna, jak i fizyczna, były mocno zaburzone. Ten okres najchętniej wymazałbym z pamięci, bo była to często droga przez mękę. Wiosną rozpoczynało się u mnie zaostrzenie, więc latem zazwyczaj lądowałem w szpitalu. O wspólnym wyjeździe na wypoczynek mogliśmy z żoną tylko pomarzyć. By wygasić krwawienia, podawano mi wysokie dawki hydrokortyzonu dożylnie, natomiast by utrzymać proces gojenia i remisję, przechodziłem w domu na terapię doustną prednizonem. Niestety, te leki miały wiele działań niepożądanych – zarastanie żył w miejscu wkłucia, przybieranie na wadze, problemy skórne, agresja, problemy ze snem, pobudzenie, a następnie ciężka, trwającą wiele miesięcy depresja, trudną do opanowania lekami przeciwdepresyjnymi. I w takim schemacie: zaostrzenie – szpital – depresja żyliśmy ja i moi najbliżsi przez trzy lata. Trzy lata istnego piekła.

MB: A przecież i ty, i Natalia jesteście młodymi ludźmi, młodym małżeństwem na początku wspólnej drogi. Kiedy wszystko zdominowane jest przez cierpienie, trudno jest o…?

ŁJ: Tak naprawdę trudno jest o wszystko. Marzenie o powiększeniu rodziny, szczęśliwym życiu i początku małżeństwa, które miało być usłane różami, legło w gruzach. Muszę tutaj dodać, że to wszystko, co zaserwowało mi krwawiące jelito, to był „pryszcz” w porównaniu do długich okresów, kiedy trzymała mnie w swoich szponach depresja. Nieustanne biegunki po kilkanaście razy dziennie, a pod koniec nawet niemożność utrzymania stolca, anemia i wynikające z niej wyczerpanie, chudnięcie, ból tak dotkliwy, że człowiek aż z niego wymiotował, było niczym w porównaniu z depresją. To było NAJGORSZE doświadczenie, jakie spotkało mnie w życiu. Istna gehenna! Walka o przeżycie każdego dnia w depresji była dosłownie heroiczna, bo codziennie zaglądałem śmierci w oczy. Ogrom cierpienia, jakie serwuje ta choroba, jest nie do opisania. Tylko ten, kto przeżył to na własnej skórze, wie, a kto tego nie doświadczył, nie jest sobie w stanie wyobrazić. Byłem młodym mężczyzną, bardzo towarzyskim, wesołym i aktywnym sportowo. Chodziłem po górach, jeździłem na rowerze, pływałem. Kiedy choroba się zaostrzyła, już nie mogłem aktywnie spędzać czasu, wycofałem się też z życia towarzyskiego, odczuwałem nieustanny smutek i zupełną anhedonię.

MB: A jednak z tym smutnym potworem walczyłeś?

ŁJ: Mimo aktywnej choroby, a może właśnie dzięki tym wszystkim przykrościom z jej strony, udało mi się zrealizować dwa marzenia. Oba są wynikiem depresji, w przebiegu której pewne potrzeby ulegają wyolbrzymieniu. Pierwsze z nich było próbą podjęcia alternatywnej formy walki o lepsze samopoczucie, podczas gdy leki przeciwdepresyjne nie działały. Wiedziałem też, że muszę się zmusić do wyjścia do ludzi, gdyż ta choroba bardzo izoluje od społeczeństwa. Dla mnie fakt, że zmobilizowałem się do rozpoczęcia treningów krav magi pod koniec drugiego epizodu, urasta do rangi zdobycia Mont Everestu. Od zawsze chciałem ćwiczyć sporty walki i w końcu udało mi się wykonać krok w tym kierunku. I choć krav maga nie jest to stricte sport walki, tylko samoobrona, poczułem do tych zajęć miłość od pierwszego wejrzenia. Charyzmatyczny trener, użyteczność tych zajęć pod kątem realnych sytuacji oraz ich ogólnorozwojowy charakter sprawiły, że stały się one moją pasją, wentylem bezpieczeństwa, aktywną formą spędzania czasu i integracji z ludźmi. Krav magę trenuję do dziś, mimo tego, że mam stomię. Przez cały trening mam na sobie ochraniacz, a do sparingów wkładam specjalną kamizelkę ochronną.

MB: Da się?

ŁJ: Jak widać TAK!

MB: A felinoterapia?

ŁJ: Litchi i Mango stały się natomiast próbą ucieczki od dojmującego poczucia samotności i potrzeby bliskości, jakie towarzyszą człowiekowi w depresji. Nie ukrywam też, że zawsze marzyłem o własnym kocie – w najśmielszych snach nie przypuszczałem jednak, że będę miał dwa! Choć oboje z żoną wywodzimy się z domów, gdzie były dachowce, początkowo moja żona była sceptycznie nastawiona do kupna kota, gdyż mieszkamy w kawalerce, a ponadto moja choroba fundowała mi częste pobyty w szpitalu lub całkowitą niedyspozycję, co wiązałoby się z dodatkowymi obowiązkami dla niej. Jednak gdy pojawiła się Litchi, żona zakochała się tak bardzo w tej rasie, że sama znalazła nam drugiego kota. Maine Coon charakterem bardzo różni się od kotów, które dotychczas spotykaliśmy – usposobieniem bardziej przypomina psa. Dzisiaj nie wyobrażam sobie domu bez tej dwójki puchatych stworzeń, które skoro świt galopują po mieszkaniu, goniąc się nawzajem.

MB: Czy łatwo było ci podjąć ostateczną decyzję o wyłonieniu stomii, a po operacji ją zaakceptować?

ŁJ: W moim przypadku akceptacja stomii nastąpiła jeszcze przed jej pojawieniem się. To właśnie wizja kolejnej depresji popchnęła mnie do odważnej i radykalnej decyzji wycięcia chorego organu. To kolejnego epizodu depresji obawiałem się zdecydowanie bardziej niż zaostrzenia choroby jelita. Najgorsze jest to, że w przypadku wysokich dawek sterydów podtrzymujących remisję WZJG, pojawiająca się depresja jest bardzo trudna do opanowania za pomocą leków przeciwdepresyjnych – to walka z wiatrakami – jak to określił mój psychiatra. Gdyby nie wsparcie i opieka mojej niezwykle silnej żony, wspaniałej mamy oraz kochającej rodziny mogę powiedzieć z całą odpowiedzialnością, że nie czytalibyście Państwo tego tekstu, bo z pewnością by mnie już nie było. To dla nich każdego dnia toczyłem tę nierówną walkę i odsuwałem od siebie myśli o śmierci. Nie dziwi mnie więc zupełnie, dlaczego ludzie tak często w tej chorobie potrafią targnąć się na własne życie. Gdy ktoś nie ma hamulca w postaci kochających bliskich i wydaje mu się, że jest na świecie całkiem sam, można zrozumieć, że zadaje sobie pytania typu: „Po cóż mam dzień po dniu cierpieć, nie wiedząc tak naprawdę, kiedy się to wszystko skończy?” Dlatego z tego miejsca chciałbym zaapelować do wszystkich czytelników: Bądźcie czujni, gdy ktoś obok was… smutnieje, traci energię, izoluje się i przestaje sobie radzić z tym, z czym do tej pory nie miał najmniejszego problemu. Powtarzanie mu, żeby wziął się w garść i że będzie dobrze, nic nie da! Musicie się taką osobą bezwzględnie zaopiekować, gdyż często staje się bezradna jak dziecko we mgle! Trzeba ją maksymalnie odciążyć od obowiązków, być wyrozumiałym i uważać, by nie ranić jej słowami i jeszcze bardziej nie podminowywać jej i tak skrajnie niskiego poczucia wartości. To wszystko jest delikatne jak balon, bądźcie więc subtelni. I najważniejsze – bądźcie blisko, proszę, nawet wbrew woli takiej osoby.

MB: Problem depresji i konieczność wyłonienia stomii nie jest mi obcy. Podobnie jak ty, życie zawdzięczam ukochanym osobom, więc mogę się domyślić, że w twojej chorobie był jakiś moment krytyczny. Chwila, kiedy powiedziałeś BASTA!

ŁJ: Tak. Czarę goryczy przelał incydent, który miał miejsce podczas wędrówki z rodziną po górach. Nie dałem rady utrzymać stolca i narobiłem w spodnie na środku szlaku. Powiedziałem sobie wtedy, że ta choroba zaszła już za daleko i że nie chcę tak dłużej funkcjonować. Znając leki od podszewki, a szczególnie ich działania niepożądane (wszak jedno leczą, a na drugie szkodzą), ważąc stosunek korzyści do ryzyka, nie skorzystałem z możliwości leczenia cyklosporyną i lekami biologicznymi. Potrzebowałem rozwiązania pewnego, które natychmiast i na długo przyniesie ulgę, nie pociągając za sobą kolejnych problemów. Wydaje mi się, że ta choroba w większości przypadków prędzej czy później zakończy się stomią. Rozpoczął się więc w mojej głowie proces myślowy, który doprowadził finalnie do operacji. Dodatkowym motorem do podjęcia decyzji był członek rodziny, który od 17 lat jest kolostomikiem – dzięki niemu mogłem zobaczyć stomię na żywo.

MB: Gdzie jeszcze szukałeś wsparcia?

ŁJ: Ogromne znaczenie miały też dla mnie rozmowy telefoniczne z młodymi stomikami, których znalazłem na fejsbukowej grupie wsparcia oraz rozmowa z panią Marzeną z infolinii fundacji STOMAlife. Dlatego, gdy obudziłem się po operacji i zajrzałem pod kołdrę, odczułem wielką ulgę, widząc woreczek. Wiedziałem, że jest już po wszystkim i wierzyłem, że teraz będzie tylko lepiej.

MB: Nie zawiodłeś się na swoim nowym znajomym Różalu?

ŁJ: Bardzo szybko przekonałem się, że mój Różal, jako go ochrzciłem, nie będzie mi przeszkadzać w prowadzeniu dotychczasowych aktywności – ba! nawet mi to umożliwi. W końcu regularny sport będzie powodował przyrost formy i wydolności, czego niestety nie odczuwałem podczas treningów z krwawiącym jelitem. Bardzo szybko po operacji wyruszyłem w góry z ponad dwudziestokilogramowym plecakiem. W pół roku po operacji wróciłem do krav magi, a wiosną do jazdy na rowerze. Przy pierwszych upałach przetestowałem również pływanie w otwartych akwenach. Jak więc widzicie, ograniczenia są głównie w głowie.

MB: Ból w naszym przypadku jest chyba najlepszym doradcą w podjęciu tej jakże trudnej decyzji?

ŁJ: Absolutnie tak. Kiedy stomia pojawia się u ciebie na skutek wypadku czy nagłej operacji i nie masz nawet możliwości wyrazić na nią zgody, to najprawdopodobniej będziesz traktować ją jak wroga. Być może się załamiesz, będziesz wściekły na cały świat i obarczysz bliskich opieką nad sobą. Ale pamiętaj, gdy tylko twoja choroba zaserwuje ci tyle wrażeń, co mnie, zaczniesz dopuszczać do głowy myśl, że wyłonienie stomii może wcale nie jest głupim czy strasznym pomysłem. Chcę powiedzieć czytelnikom, że dla ciebie również może się ona okazać najlepszym „lekiem” na twoją chorobę i po prostu uwolnić cię od niej. I uwierz mi, naprawdę da się z nią prowadzić superżycie. Nie musi być też powodem do wstydu – ja z mojej jestem dumny, bo wymagała ode mnie podjęcia trudnej decyzji w walce o zdrowie i przełamania ogromnego strachu oraz towarzyszących mi wątpliwości. Dzięki niej udało mi się odzyskać formę i siłę. Dzisiaj jem i piję to, co lubię, trenuję, mam dobre samopoczucie i upragnioną muskulaturę. Ty też zaakceptuj swoją stomię i udowodnij sobie oraz innym, że możesz z nią normalnie, fajnie żyć – bo prawdopodobnie dzięki niej dalej żyjesz!

MB: Znam cię już trochę, widziałam twoje zdjęcia i wiem, że życzenia: „Pasji w życiu, życia z pasją” są dla ciebie idealne i po prostu codziennie je realizujesz?

ŁJ: Pasji mam kilka. Krav maga jest moją największą – trenuję dwa razy w tygodniu na sali z innymi w klubie Michała Tereszkiewicza Iron Krav Maga w Lyskach, a także często w domu (w kuchni naszej kawalerki wisi siedemdziesięciokilogramowy worek do MMA) lub na powietrzu. Zafascynowała mnie jej wszechstronność – wszak uczymy się, jak się obronić przed różnego rodzaju duszeniem, obchwytami, atakiem pałką, nożem czy przed dwoma napastnikami. Oprócz tego, że na treningu wylewam hektolitry potu i spalam miliony kalorii, to pozbywam się stresu i ciśnienia, które tworzą różne sytuacje w pracy lub w życiu prywatnym. A dobre samopoczucie i wygląd to już miły skutek uboczny treningów. Mam świetnego trenera, który przyjął mnie z otwartymi ramionami ponownie, po operacji, mimo tego, że nie trenował jeszcze osoby ze stomią.

MB: Ostatniego lata spałeś w hamaku na plaży między Stegną a Sztutowem, a jeśli chodzi o góry też masz asa w rękawie i to asa-kangurka, że tak powiem?

ŁJ: Kocham przyrodę i lubię spędzać długie godziny na jej łonie. Jestem typem samotnego wilka, dlatego gdy wyrywam się z miasta, to zazwyczaj rozbijam namiot bądź rozwieszam hamak gdzieś na uboczu. Na większość moich wycieczek wyruszam sam, ponieważ lubię niezależność. Kiedy jestem sam, mogę poświęcić całą uwagę nowo poznanym ludziom, którzy siłą rzeczy przewijają się podczas takiej wyprawy mimo tego, że przez większość czasu od nich stronię. Podczas tegorocznego urlopu spędziłem całkiem przyjemne dwa dni na Mierzei Wiślanej – na granicy lasu z plażą na obszarze bushcraftowym. To teren wyznaczony przez Lasy Państwowe, na którym można legalnie, bez rozpalania ognia obozować przez kilka dni, nie pozostawiając oczywiście po sobie śladów. Rozbiłem swój namiot hamakowy – to taki namiot o wysokości człowieka, z zadaszeniem, ścianami z moskitier i podłogą hamakową, w którym można rozwiesić hamak, jest się chronionym od deszczu i owadów, a na nieprzemakalnej podłodze jest sporo miejsca na ekwipunek. Spędziłem tak dwie noce, a przy samym morzu wybudowałem swoją prywatną kwaterę z drewna wyrzuconego przez fale. Składały się na nią dwa pale wkopane w ziemię, między którymi w ciągu dnia wisiał mój hamak, było ognisko Dakota (sic! oczywiście nie rozniecałem ognia) i weranda z kilku większych bali. Położone na ziemi patyki symbolizowały zarys pomieszczenia, a dwie pionowo wbite gałęzie były wejściem do „budynku”. Budując to miejsce za pomocą mojej saperki, która ma w sobie również piłę, siekierę oraz młotek, a z którą nie rozstaję się na takich wyjazdach, czułem się jak Robinson Crusoe. Miejsce wzbudzało niemałe zainteresowanie przechadzających się plażowiczów, niektórzy z nich robili sobie nawet przy nim zdjęcia. Ognisko, gdy wyjeżdżałem, nadal czekało na rozpalenie z powodów wiadomych, jak również dlatego, że jednego wieczoru udało się dołączyć do grupy, która rozpaliła własny ogień. Dzięki temu spotkaniu poznałem rdzennych mieszkańców, którzy ugościli mnie piwem i miejscem przy płomieniach, na których upiekłem przyniesione przez siebie kiełbaski. Przez te dwa cudowne dni, było mi dane podziwiać wschody i zachody słońca oraz spadające Perseidy, a także wsłuchiwać się w szum fal. Był to wspaniale spędzony czas, podczas którego naładowałem swoje wewnętrzne akumulatory.

MB: A na jaki pomysł wpadłeś na południowej granicy Polski?

ŁJ: Pierwszą część urlopu przeznaczyłem na inauguracyjny wyjazd w Bieszczady. Mam znajomych, Martę i Dominika, których poznałem na jednym z moich samotnych wypadów w góry, ponieważ skusił ich zapach świeżo mielonej i parzonej w kawiarce kawy, którą zazwyczaj sporządzam w miejscach odpoczynku na szlaku. Przypadliśmy sobie do gustu i utrzymujemy znajomość do dzisiaj, a zaowocowała ona między innymi rzeczonym wyjazdem w pasmo górskie, które pokochali bezgranicznie, zarażając także i mnie tą miłością. Cztery dni spędzone w fantastycznym schronisku Pod Wysoką Połoniną w Wetlinie, prowadzonym przez przesympatycznych i oddanych ludziom oraz górom pasjonatów. Czas przepełniony wędrówkami po bezkresnych, malowniczych szlakach oraz nowymi, ciekawymi znajomościami. Temat mojej stomii wielokrotnie przewijał się w rozmowach: czy to wieczorem w schronisku, czy nawet na szlakach. Mała znajomość tematu, naturalna, ludzka ciekawość, jak również podziw ze strony słuchaczy sprawiły, że zakiełkował we mnie pomysł przejścia w przyszłym roku Głównego Szlaku Beskidzkiego pod hasłem: „O w torbę! Czas przełamać tabu stomii”. Kampania miałaby na celu uświadamianie ludzi o istnieniu zagadnienia i pokazaniu na własnym przykładzie, że nie taki diabeł straszny, jak go malują. Wierzę, że liczne rozmowy z ludźmi na szlaku oraz w schroniskach, prezentacja i omówienie kwestii na własnym przykładzie mogłyby pomóc wielu osobom, zarówno chorującym na choroby zapalne jelit, które stoją przed decyzją o wyłonieniu stomii, jak również stomikom, którzy zdemonizowali własną stomię i stworzyli w swoich głowach, powtarzam: GŁOWACH! barierę, która nie pozwala im prowadzić takiego życia, jakie by chcieli. Chciałbym takim osobom dać pozytywny przykład, że ze stomią można podróżować, spotykać się z ludźmi, pływać, jeździć na rowerze, a nawet trenować sporty kontaktowe. Gdybym Wam, drodzy czytelnicy, zadał następujące pytania: „Co myślicie o takiej akcji? Czy podoba się Wam ten pomysł?” – wsparlibyście go w jakikolwiek sposób?. Co byście na to powiedzieli? Zamierzam wszystko uwiecznić na materiale wideo, a każdego dnia o określonej godzinie prowadzić relację na żywo (w miarę zasięgu). Widzę wielką szansę, by poprzez własne działanie połączone z realizowaniem pasji z wykorzystaniem własnych atutów, pomóc wielu osobom i uświadomić społeczeństwo, że istnieje ktoś taki jak stomik. Skąd się bierzemy, jak się z nami obchodzić i co do diaska wisi nam przyklejone do brzucha? Chciałbym, żeby na takie pytania potrafił odpowiedzieć każdy człowiek, a także, aby wiedział, jakie są korzyści (sic!) życia ze stomią. Oto mój cel!

MB: Nie będę udawać, że o twoim pomyśle dowiedziałam się teraz. Wiem o nim od naszego spotkania nad morzem i powiem, że nieustannie mnie zachwyca. Jestem przekonana, że naszych czytelników również. Jesteśmy na półmetku, między jednym latem a kolejnym. Mam nadzieję, że pół roku wystarczy, by przygotować się do realizacji twojego pomysłu i byś (mimo że jesteś samotnym wilkiem) na trasie nie był sam. Fundacja STOMAlife chce zaangażować się w to przedsięwzięcie, o szczegółach będziemy informować w sieci na bieżąco. Jak cię znam, to na pewno nie koniec twoich pasji?

ŁJ: Kiedy przychodzi jesień i zima, uruchamiam kolejną – gry planszowe. Mam całkiem pokaźną kolekcję, a drugie tyle ma mój szwagier. Na początku naszej przygody 15 stron instrukcji, to był dla nas, szaraków, jakiś kosmos. Dzisiaj gramy w gry, które mają po 30 i więcej stron, a nasza kolekcja ma ponad 100 tytułów. Zawsze mam przy sobie niewielką karcianą grę – Sabotażystę, która w grupie do 10 osób pozwala na dobrą zabawę i fajną integrację. Natomiast kiedy nie spotykam się z nikim, lubię w domowym zaciszu, przy trzaskającym w kozie ogniu, słuchając smooth jazzu i popijając zieloną herbatę, poczytać książki.

MB: A o czym marzysz? Co chciałbyś zrobić po raz pierwszy w życiu?

ŁJ: Marzę, by czas trudnych doświadczeń pozostawić już daleko za sobą, a wyniesione z nich lekcje przełożyć na to, by cieszyć się życiem i chwytać każdy dzień. Bez wątpienia ukształtowały one we mnie hart ducha, wolę walki i zdolność do cieszenia się nawet z małych rzeczy i nie odmawiania sobie tego, co sprawia mi radość. Wolałbym jednak, by takie trudne, aczkolwiek cenne lekcje omijały mnie i moich najbliższych szerokim łukiem. Mam też sportowe cele. Chciałbym kiedyś móc zrobić szpagat i flagę. O ile szpagat na pewno znacie, o tyle flaga dla niektórych może brzmieć tajemniczo. Jest to figura rodem ze street workoutu – człowiek trzyma się pionowej przeszkody, układając ciało w powietrzu poziomo do podłoża – wygląda się wtedy jak powiewająca na wietrze flaga. Figura ta wymaga nieludzkiej siły. Chciałbym się kiedyś dorobić takiej mocy w mięśniach, by móc coś takiego wykonać. A już kiedyś udowodniłem sobie, że jak się czegoś chcę nauczyć, to tego dokonam – tak było w moim przypadku z nauką salta w tył.

MB: Co chciałbyś dodać na koniec? Co powiedzieć czytelnikom, których na pewno nasza rozmowa nie pozostawiła obojętnymi?

ŁJ: Jeśli czytając moją historię, zastanawialiście się, po co opisywałem pewne sprawy, decydując się na porażającą szczerość, wiedzcie, że chciałem uświadomić Wam realne zagrożenia wynikające z naszej choroby bądź stosowanych leków oraz fakt, że możecie ich uniknąć decydując się na stomię. Kiedy w Waszym przypadku szala korzyści będzie przeważała nad minusami posiadania stomii, których wcale nie jest tak dużo – nie wahajcie się i sięgnijcie po lepsze życie. Trzymam za Was kciuki! I pamiętajcie – odwaga to działanie mimo ogromnego strachu – a bez wątpienia taki będzie Wam towarzyszył przed taką trudną, życiową decyzją. Ja potwornie się bałem i miałem wątpliwości, czy dobrze robię jeszcze w momencie, kiedy wieźli mnie na salę operacyjną. Szczerze ufam, że moja historia komuś pomoże. Życzę Wam zdrowia i cudownego życia!

MB: Łukasz Czego Szukasz. Znalazłeś?

ŁJ: Znajduję codziennie. Gdy wielokrotnie wymykasz się śmierci z objęć, ale jednocześnie przechodzisz przez nią, gdy umiera ktoś bliski – nie może to pozostać bez wpływu. Moje depresje, wyłonienie stomii i towarzyszenie mojemu tacie w jego ostatniej drodze kilka miesięcy temu, niemal do jego ostatniego oddechu, nauczyło mnie więcej o wartości życia, docenianiu małych rzeczy i szczęściu niż 30 lat mojej egzystencji przed tymi wydarzeniami. Na sam koniec chciałbym, żeby każdy z Was zapamiętał jedno zdanie z tego wywiadu: w KAŻDEJ przeciwności, problemie czy tragedii jest zawsze choć ziarno korzyści lub jakaś lekcja, tyle że moment, w którym to odkrywamy, często bywa oddalony. Wyczekujmy cierpliwie na ten moment i zawsze szukajmy pozytywów. O, w torbę! Życie jest!

 MB: A więc Fjuczer, ja twoją future widzę świetlaną i życzę ci, abyś carpe diem i nigdy nie wchodził do… tego samego górskiego potoku.

O, w torbę! Jesteś megakoleś!