autor: Anna Rybarczyk

 

Życie na e-orbicie

Czyli jak telepracować, (nie) zwariować i doczekać szczepienia

 

Tekst: Rybarczyk

Jest jedenasta. Od ósmej rano wykonałam już tyle telefonów, że ucho boli mnie od przyciskania słuchawki. Kolejny pacjent z COVID-19. Przebywa w domu, dzwonię na kontrolę. Jeden telefon – nie odbiera. Próbuję drugi raz. Mijają kolejne minuty. Za trzecim razem wreszcie odbiera.

‒ Teraz nie mogę rozmawiać. Auto prowadzę – informuje pacjent.

‒ Jak to pan auto prowadzi?! Przecież ma pan koronawirusa! Ma pan siedzieć w domu i nigdzie nie wychodzić! – Staram się mówić to spokojnym tonem, ale w środku cała się gotuję. Za to pacjent wyraźnie się nie krępuje:

‒ Proszę pani, co się pani wydaje, że nie mam spraw do pozałatwiania?

Nie, nie zrobiłam mu wykładu o braku odpowiedzialności, egoizmie i o tym, że przez takich ludzi, jak on, mamy dziennie po 25 tysięcy przypadków nowych zachorowań. Zwyczajnie nie miałam już na to siły.

***

Początkowo nawet ucieszyłam się, gdy w przychodni przeszliśmy na system przyjmowania pacjentów w formie teleporad. Pomyślałam, że tak będzie bezpieczniej – i dla nas, i dla pacjentów. W wielu krajach na świecie ten system funkcjonuje i to całkiem nieźle. Ale u nas coś poszło nie tak. Spędzam przy telefonie o wiele więcej czasu niż jeszcze niedawno w gabinecie. Jak to możliwe? Po pierwsze do pacjenta trzeba się dodzwonić. Tak, pacjent zapisany jest na konkretną godzinę. Co to za problem poświęcić te 15 minut i poczekać przy telefonie, aż lekarz zadzwoni? Jak się okazuje dla wielu to bardzo duży problem.

‒ Halo! Dzwonię już do pani czwarty raz.

‒ Nie wyświetla mi się ani jedno nieodebrane połączenie – zaklina się pacjentka.

‒ To niemożliwe. Każde połączenie jest rejestrowane przez nasz system w przychodni…

‒ Ojej naprawdę? ‒ Pacjentka jest wyraźnie zdziwiona, po chwili ciszy przyznaje ‒ No bo ja pod prysznicem byłam!

***

Gdyby to całe e-leczenie sprowadzało się tylko do tych słodko-gorzkich anegdot, moglibyśmy wspólnie pośmiać się nad tym felietonem. Tyle że to śmiech przez łzy. Prawda jest taka, że i my, i pacjenci jesteśmy już potwornie zmęczeni i sfrustrowani tym całym e-leczeniem. Na dłuższą metę nie może ono zastąpić kontaktu lekarza z pacjentem twarzą w twarz. Nawet najdokładniejszy wywiad przez telefon nie zastąpi tego, co da mi proste osłuchanie klatki piersiowej, obejrzenie gardła czy obmacanie węzłów chłonnych. Nieraz w mojej wieloletniej praktyce postawienie diagnozy zależało od na pierwszy rzut oka pomijalnych objawów ‒ jak lekkie zażółcenie skóry, specyficzna wysypka, czoło oblane potem. Może to zawał, ostre zapalenie trzustki lub rozlane zapalenie wyrostka – każda z tych chorób nierozpoznana w porę i nieleczona ma tragiczne skutki. Dźwigam ten ciężar codziennie, gdy rano zaczynam telefonować. Wieczorem, próbując oglądać film czy czytać kryminał, łapię się na tym, że ciągle gryzę się tym, że coś przeoczyłam.

Wiem, że pandemia zdominowała przekaz medialny. Dzień zaczynamy od śledzenia raportów na temat liczby nowych przypadków COVID-19 i procenta zajętych respiratorów. Tak, ja też tak zaczynam dzień. Tak, ja też się boję.

Jednak myślę też o tych wszystkich moich pacjentach, którzy może nie dziś i nie jutro, może za miesiąc, a może za pól roku umrą, pośrednio ‒ z powodu koronawirusa. O tych, którzy nie dostali się na wizytę u neurologa, onkologa, nefrologa czy psychiatry, bo specjaliści sami są chorzy, na kwarantannie albo ich oddziały zostały przekształcone w oddziały koronawirusowe. Myślę o pacjentach, którzy nie doczekali przekładanej trzy raz operacji usunięcia guza, nie dostali na czas chemioterapii czy nawet krwi, której ciągle brak w stacjach krwiodawstwa. Myślę o tych, którzy zmarli na zawał bądź udar, bo karetka nie dojechała do nich na czas. Oczywiście takie przypadki zdarzały się także przed pandemią, ale – spójrzmy na statystyki ‒ teraz jest ich o wiele, wiele więcej.

Proszę was, pacjenci, pomyślcie o tym wszystkim, gdy będziecie śmiać się z lekarzy, którzy „siedzą w przychodni, nic nie robią, tylko sobie dzwonią”. Nie krzyczcie na nas, nie mówicie, że was nie rozumiemy. Stoimy po tej samej stronie barykady. Wasze wsparcie jest nam potrzebne.

I będzie nam potrzebne – także w najbliższych miesiącach. Ruszył program szczepień. Jest ciężko, szczepionek na każdą przychodnię przypada póki co 30 na tydzień. Wszyscy się denerwujemy. Ja sama jako lekarz zostałam już zaszczepiona. Czekałam na swoje szczepienie z radością, ale i obawą, bo jestem alergikiem. Jednak się zaszczepiłam. I mam nadzieję, że niedługo – dzięki szczepieniom wszyscy wrócimy do normalności. Tego nam wszystkim życzę.