Tekst: Maja Jaszewska

 

Michalina poznała Pawła dwa lata temu i od początku była pod wrażeniem jego serdeczności i opiekuńczości. Imponował jej też jego pełen pasji stosunek do pracy. Paweł jest masażystą i przygotowywał żeńską kadrę olimpijską do zawodów. Jeszcze zanim zaczęli być parą, okazywał Michalinie wiele wsparcia i był czuły na potrzeby. Dużo ze sobą rozmawiali, odnajdując wspólne zainteresowania i podobne poczucie humoru. Paweł ma za sobą kilka poważnych związków, o których początkowo nie mówił zbyt chętnie, ale z czasem zaczął opowiadać o swoich nieudanych wyborach i licznych mankamentach partnerek. Michalinę dziwiło, że o swoich słabościach ledwo napomykał, a i to ogólnikowo – „każdy popełnia jakieś błędy” – a wady partnerek analizował dość precyzyjnie. Jednak wobec Michaliny był zawsze czuły i troskliwy, więc dziewczyna pomimo intuicyjnych oporów zdecydowała się na intymną relację. Ta jednak po pewnym czasie zaczęła przypominać rollercoaster i to jeszcze taki, w którym ciężko było dokładnie określić, co złego się dzieje. Po niektórych żartach i komentarzach Pawła dziewczyna czuła się, jakby otrzymała cios, ale długo nie umiała określić, na czym on polegał i co właściwie ją zabolało. Kiedyś po wyjątkowo namiętnej nocy, pomagając jej zapiąć stanik, zażartował: „Dobrze, że na co dzień tylu dziewczynom pomagam zapinać staniki po masażach, to teraz nawet w środku nocy po ciemku umiem to zrobić”. Michalina przez kilka dni czuła się rozbita i głęboko dotknięta tym komentarzem. Długo jednak racjonalizowała swoje emocje. Przecież to rzeczywiście jego praca i codzienność, więc może jednak nie było w tym komentarzu nic złego. Kiedy jednak nie dawało jej spokoju odczucie, że w słowach tych tliła się jakaś forma przemocy i ma powód czuć się głęboko dotknięta, wróciła w rozmowie z Pawłem do tego niemiłego zdarzenia.

Byłam ogromnie zdziwiona, bo sądziłam, że kiedy wyznam, jak dużą przykrość mi wówczas sprawił, usłyszę słowa przeprosin i Paweł zreflektuje się, jak bardzo był niedelikatny w tej szczególnie intymnej sytuacji. On jednak wyraźnie był urażony, że tak znienacka go krytykuję. Na długie minuty zamilkł, a kiedy zapytałam, dlaczego nic nie mówi, odparł poirytowany, żebym go nie pospieszała, bo będzie reagował w swoim tempie, a nie wtedy, kiedy ja sobie tego życzę. Poczułam się drugi raz zraniona. Nie dość, że nie przeprosił od serca, nie zdobył się na krytyczną ocenę swojego zachowania, to jeszcze zaczął mi na końcu robić wyrzuty, że zwracając mu uwagę, powinnam wziąć go za rękę i z uśmiechem przedstawić sprawę.

Wychodzi na to, że Paweł, raniąc swoim zachowaniem Michalinę, odbiera jej prawo do irytacji, trudnych emocji i komunikowania ich, a w zamian za to oczekuje, że dziewczyna przedstawi swoje wątpliwości w taki sposób, że przede wszystkim zadba o jego komfort psychiczny. Można więc zaryzykować twierdzenie, że w tym obszarze również zadziałał w sposób przemocowy. Najpierw swoim komentarzem zrównał ją z jedną z wielu swoich podopiecznych sportsmenek, a potem odebrał prawo do gniewu i żalu.

W sytuacji kiedy osoba zachowująca się przemocowo jest jednocześnie ogromnie czuła, pomocna i troskliwa, bardzo ciężko jest zróżnicować jej zachowania. Taka sinusoida emocjonalna ogłupia i odbiera trzeźwość oceny. Szczególnie jeśli raniące słowa są aluzyjne i ukryte za żartem czy uśmiechem.

Innym razem Michalina pojechała z Pawłem na wycieczkę rowerową. Wyprawa była udana, śmiali się i żartowali w najlepsze. Po pewnym czasie zgłodnieli i zatrzymali się, żeby sprawdzić na mapie, gdzie najbliżej można coś zjeść. Michalina pierwsza znalazła oddaloną o dwa kilometry karczmę mającą bardzo dobre opinie wśród klientów i zażartowała: „Zobacz, jaka bystra ze mnie dziewczyna”, na co Paweł błyskawicznie ze śmiechem skomentował: „O kochanie, ty drogę do żarcia to zawsze znajdziesz”.

Miałam ochotę zawrócić rower i odjechać w siną dal, tak mnie dotknął do żywego jego komentarz. Ale tym razem zareagowałam natychmiast. Powiedziałam, że nie życzę sobie takich złośliwych tekstów. Paweł jak zawsze w takich sytuacjach bardzo się zdziwił, stwierdził, że nie miał na myśli nic złego, że to był przecież tylko żart. I jeszcze dodał, żebym go nie oceniała, bo mogę jedynie powiedzieć, że zrobiło mi się przykro. I to najlepiej gdybym to wyznała, płacząc, bo on mnie wtedy przytuli i pocieszy, a nie ze złością, bo go to ode mnie odpycha. Nie umiem nazwać dlaczego, ale wydało mi się to pełne agresji i chore. Poczułam się, jakby chciał mnie sobie w pełni podporządkować i stać na straży moich uczuć. Raz tulić i na rękach nosić, raz ranić, żeby wywołać łzy, dzięki którym znowu będzie mógł mnie utulić. Straciłam apetyt na jedzenie, na wyprawę do karczmy i na dalszą wspólną wyprawę przez życie.

Rzeczywiście intuicje Michaliny są słuszne i jej instynkt samozachowawczy dobrze zadziałał. Często się mówi, że w intymnych relacjach najbardziej zniewala naprzemienność dobrych i złych bodźców. Może się zdarzyć, że taka sinusoida wręcz uzależnia. Paweł z jednej strony daje Michalinie ogrom wsparcia, podziwu i czułości, ale co jakiś czas uderza słowem i rani, dezorientując dziewczynę i osłabiając tym samym jej wolę. Deprecjonując ją co jakiś czas przy pomocy pozornie „niewinnego” żartu odbiera stopniowo poczucie własnej wartości i poczucie bezpieczeństwa. Za chwilę komplementując i wielbiąc, utwierdza w przekonaniu, że w jego rękach leży jej dobre samopoczucie i dobre o sobie mniemanie. Najprawdopodobniej robi to zupełnie nieświadomie i rzeczywiście uważa, że stara się z całych sił być dobrym partnerem. Nie jest wykluczone, że czegoś się lęka, czuje przy Michalinie zagrożony i niepewny, więc stara się ją osłabić. Być może też bywa na nią za coś zły, żywi o coś urazę i nie potrafiąc wprost wypowiedzieć swoich pragnień, deficytów i niezgody na pewne sytuacje, stosuje agresję odroczoną w postaci raniących, deprecjonujących żartów. Dopóki jednak mężczyzna nie skonfrontuje się ze swoją sferą Cienia, będzie ranił kolejne partnerki, a przyczyn kolejnych porażek będzie szukał w ich zachowaniu albo w złym losie, który jest winien, że wciąż nie może trafić na swoją właściwą połówkę.

Kasia z Marysią przyjaźnią się od szkolnych czasów. Kasia zawsze była przebojowa i lepiej się uczyła, Marysia zaś tkwiła trochę w jej cieniu, ale nigdy jej to nie przeszkadzało. Jak to w bliskich relacjach bywa, zdarzały im się lepsze i gorsze chwile, ale zawsze były sobie pomocne i okazywały serdeczność. Ostatnio jednak zdarzyło się coś, co Marysię na tyle dotknęło, że postanowiła zweryfikować swoje podejście do przyjaciółki. Obie skończyły polonistykę. Kasia zaczęła pracę jako nauczycielka w prywatnej szkole, a Marysi udało się znaleźć posadę redaktorki w jednym z popularnych tygodników. Po jakimś czasie doceniono jej pracę, a widząc, że interesuję się wydarzeniami politycznymi i ma na ten temat rozległą wiedzę, zaproponowano, żeby przeprowadziła wywiad z bardzo znanym specjalistą od polityki zagranicznej. Marysia była ogromnie szczęśliwa, włożyła w to zadanie mnóstwo pracy i czasu. Kiedy artykuł ukazał się w gazecie, natychmiast zadzwoniła do Kasi, żeby zaprosić ją na wino i uczcić swój debiut.

Opowiadam jej, jaka jestem szczęśliwa, dzielę się radością i pierwszym tak ważnym sukcesem, a ona zachowuje się, jakbym mówiła, że zakupy zrobiłam. Zero odzewu. Poker face. Wzięła tygodnik, który jej kupiłam w prezencie, i w milczeniu zaczęła przerzucać. Chyba kwadrans przeglądała inne artykuły, zanim dotarła do mojego. Nie mogłam uwierzyć własnym oczom. Przeczytała, odłożyła gazetę na stół i burknęła od niechcenia, że niezła rozmówka. Miałam ochotę się rozpłakać i cisnąć w nią tą gazetą. To było okropne. Żałowałam, że w ogóle cokolwiek jej mówiłam. Zgasiła całą moją radość. Jakiś czas potem wyznałam jej, że mam żal o to lekceważące zachowanie. Udawała, że nie rozumie, o co mi chodzi. Stwierdziła, że jestem przewrażliwiona na swoim punkcie i przesadzam.

Zachowanie Kasi ma rys przemocowy i sprowadza się do zdeprecjonowania osiągnięć Marysi. Kobieta nie wyraziła jednak swojej krytyki wprost, tylko w bardzo zawoalowany sposób. Zaniechanie okazania wsparcia, odmówienie wyrażenia uznania, pohamowanie wypowiedzenia słów podziwu też jest formą agresji. Podobnie jak różnego rodzaju pośrednie formy służące zachwianiu poczucia wartości czy mające na celu wzbudzenie niepewności. Źródła zachowań Kasi mogą być różnorakie. Począwszy od niechętnego stosunku do innych, braku zaufania do ludzi, przez niską samoocenę, strach przed odrzuceniem i lęk, że odnosząca sukcesy Marysia przestanie chcieć się z nią dalej przyjaźnić. Być może żywi też podświadomą obawę, że nie będzie już mogła dominować nad przyjaciółką, która zaczyna robić zawodową karierę.

Osoby stosujące agresję psychiczną i wyrażające ją nie wprost na jakąkolwiek sugestię, że to robią, reagują silnym sprzeciwem. Jest to zrozumiałe, ponieważ nie po to kamuflują swój lęk, gniew, pragnienie zemsty, chęć dokuczenia, żeby się potem do tego przyznać. Im bardziej wprost zostanie ich zachowanie i intencje nazwane, tym goręcej będą się bronić, wmawiając swoim ofiarom, że są nadwrażliwe, oskarżają bezpodstawnie i coś im się tylko wydaje. Zakamuflowani przemocowcy mają bardzo mocno rozbudowany system obrony przed własnymi trudnymi emocjami. Nic więc dziwnego, że w momentach konfrontacji angażują całą swoją energię, aby odeprzeć zarzuty o stosowanie zachowań agresywnych. Potrafią też często doskonale manipulować swoimi bliskimi. Znając ich słabe strony, wiedzą, jak wzbudzić w nich poczucie winy, jak wykorzystać słabe punkty, aby przekonać, że wrażenie bycia obiektem agresji jest jedynie złudzeniem.

Laura ma chwilami wrażenie, że matka celowo sprawia jej przykrość i podcina skrzydła kobiecości.

Niedawno chcieliśmy wyjść z mężem do znajomych i poprosiliśmy ją, żeby się zajęła naszym synkiem. Zrobiła to z ochotą. Bawiła się z nim, a my kończyliśmy szykować się do wyjścia. Kiedy zobaczyła mnie w nowej sukience i szpilkach, uśmiechnęła się pod nosem i pozornie żartobliwie skomentowała: „Ja kiedyś też byłam taka zgrabna. Mężczyźni się za mną na ulicy oglądali. Zobaczysz, jak to szybko mija. Niedługo będziesz miała tak jak ja nadwagę i koniec balu panno lalu”. Odebrała mi tym komentarzem całą przyjemność z wyjścia. Miałam ochotę się popłakać. A kiedy wyrzuciłam to z siebie, obrażona odpowiedziała, że nie wie, o co mi chodzi, i żebym przestała histeryzować.

To było najgorsze. Zraniła mnie, a potem udawała głupią i obwiniała, że bezpodstawnie ją oskarżam o złe intencje.

Może gdyby matka Laury zastanowiła się, co takiego nią kieruje, że zamiast powiedzieć „ślicznie wyglądasz”, straszy własną córkę, że niebawem straci urodę, doszukałaby się w sobie zazdrości o młodość i smutku, że jej własna przeminęła.

Będąc ofiarą zakamuflowanej, symbolicznej i pośredniej agresji, doznajemy bardzo trudnych uczuć, jak niedowierzanie, pogubienie, zaskoczenie, żal, gniew, bezradność. W efekcie często bagatelizujemy swoje wrażenia, racjonalizujemy, że przecież raniąca nas osoba zazwyczaj jest miła, dobra, a nawet kochająca. Jednak nie reagując, przywalamy na taką formę wyładowywania się na nas i zaczynamy funkcjonować rozpięci między dobrymi doznaniami a czymś, co nas rani.

Jeśli żarty, komentarze, gesty, miny bliskiej osoby ranią nas, budzą poczucie krzywdy i żal, zatrzymajmy się i przyjrzyjmy dokładnie swoim uczuciom. A potem spróbujmy sobie wyobrazić, że obca nam osoba mówi, że została potraktowana takim bolesnym komentarzem lub żartem, albo też wyobraźmy sobie, że to my mówimy komuś takie raniące słowa. Jeśli każde z tych wyobrażeń wzbudzi w nas sprzeciw, to znaczy, że dzieje się w naszym życiu coś niewłaściwego. I bez względu na to, na ile ktoś bliski jest dla nas ważny, dobry, życzliwy, nie pozwólmy mu na przemocowe działania. Stawiajmy im odpór, nazywajmy rzeczy po imieniu i nie dajmy sobie wmawiać, że przesadzamy albo coś nam się tylko wydaje. Złe słowa, bolesne żarty, okrutne aluzje, lekceważące gesty ranią nie mniej niż fizyczna przemoc. Brońmy się przed nimi z całą mocą.