Nasz diabełek

Autor: Dorota Marta Pędzieszczak

 

Dzieci często reagują impulsywnie. I zdarza się, że jedno drugie uderzy… Jak budzić w

nich poczucie odpowiedzialności za swoje czyny? Jak wesprzeć je w rozwoju emocjonalnym i społecznym?

Przypomina mi się taka scenka z przedszkola: Bawią się ze sobą dwaj najlepsi przyjaciele:

Jaś i Staś. Nagle – Jaś wybucha płaczem. Podchodzę i pytam, co się stało. Okazuje się, że Staś uderzył Jasia, bo ten nie TAK położył klocek i zbudowana przez nich wieża się zawaliła.

‒ Aaa! – wyje Jaś. – Uderzył mnie klockiem!

‒ No, bo on położył ten klocek i przez niego wieża runęła! – krzyczy Staś.

Słucham Jasia, tulę, ocieram mu łzy, głaszczę po obolałej głowie. Słucham też Stasia…

Zastanawiam się, jak sprawić, by poczuł się za siebie ‒ za to, co zrobił teraz, jak i za swoje rękoczyny w ogóle – odpowiedzialny. Staś był dzieckiem nadpobudliwym.

Myślę, że najlepiej będzie, jak porozmawiamy sobie ze Stasia rączkami, które przecież

powinny się go słuchać! Biorę ręce chłopca w swoje, przyglądam się im uważnie, czuję, jak są napięte. Staś nie wie, czego się po mnie spodziewać, co zamierzam zrobić z jego rękami. Mówię do rączek:

‒ Rączki Stasia… jakie jesteście piękne i mięciutkie… takie rączki do głaskania i do

przytulania. Czuję, że jesteście po to, by robić różne dobre i fajne rzeczy. Na pewno nie po to, by bić. Słuchajcie się Stasia, on jest waszym panem; wie, co jest dla was najlepsze. Słuchacie się Stasia?

‒ Nie zawsze się mnie słuchają! – mówi Staś.

‒ Stasiu, powiedz, co można zrobić z rączkami, żeby nie biły?

‒ Wytłumaczyć im.

‒ Dobrze. I co jeszcze?

‒ Pogłaskać je.

‒ Dobrze. I co jeszcze?

‒ Schować je do kieszeni.

‒ Dobrze. I co jeszcze?

‒ Pilnować ich.

‒ Dobrze. Jak myślicie, rączki, co czuje Jaś, gdy go bijecie? Stasiu, co mówią twoje rączki?

‒ Mówią, że go boli – odpowiada Staś.

‒ Wiecie, jak to jest, gdy kogoś boli?

‒ Tak – mówi chłopiec w imieniu swoich rąk.

‒ Jak?

‒ Bardzo boli.

‒ Stasiu, powiedz swoim rączkom, by nie biły dzieci.

Staś patrzy na swoje rączki, potrząsa nimi, mówi:

‒ Nie bijcie dzieci!

‒ Bo?

‒ Bo je to boli!

‒ Powiedz rączkom, co mogą dobrego robić, bo może one nie wiedzą.

‒ Budować wieżę – mówi chłopiec.

‒ Budować domy – odezwało się nagle inne dziecko z kąta, gdzie było zajęte budowaniem domu.

Rozejrzałam się po sali. Okazało się, że wiele dzieci przysłuchiwało się mojej rozmowie ze Stasiem. Teraz zaczęły się do niej spontanicznie włączać, podrzucając pomysły, co mogą robić rączki:

‒ Mogą rysować – mówi Ania, pochylona nad swoim rysunkiem.

‒ I jeść – woła Grześ, pakując sobie do ust kawałek jabłka.

‒ I ubierać lalki.

‒ Głaskać i przytulać.

‒ Klaskać.

‒ Przepraszać.

‒ Przepraszać, aha – podchwyciłam radośnie. – Stasiu, co teraz ty i twoje rączki możecie

zrobić?

‒ Przeprosić Jasia – mówi Staś i wyciąga do Jasia rękę. Jaś się śmieje. Przytulają się do siebie,

gotowi do dalszej zabawy.

Stoję nad Stasiem i Jasiem, patrzę, jak znów budują wieżę i zastanawiam się, co będzie, jak z kolei ta wieża się przewróci? Pytam więc:

‒ No to, jak było z tamtą wieżą?

‒ Przewaliła się przez Jasia! – krzyczy Staś.

‒ Przez kogo??? – okazuję zdziwienie.

‒ Przez Jasia!

‒ Rozumiem: Jaś położył się na czubku wieży i wieża przez to runęła…

Chłopcy śmieją się.

‒ Nie, runęła przez klocek.

‒ Aha, wieża runęła przez klocek! To znaczy klocek tu zawinił?

‒ Tak! – śmieją się.

Podnoszę klocek z ziemi i mówię:

‒ Klocku, z twojego powodu przewaliła się wieża. – Nasłuchuję. – Wiecie, co powiedział

klocek?

‒ Co? – zapytali chórem chłopcy.

‒ Że często tak bywa, gdy wieże są wysokie. Wystarczy jeden klocek więcej i wieża się wali.

On, klocek wcale nie jest winny. Nikt nie jest winny. Jak wieża znów się wam zawali, to potem, co można zrobić?

‒ Odbudować!

‒ A jak znów się zawali?

‒ To ją znów odbudujemy!

‒ Super! – mówię. – No, to budujcie.

Chłopcy z zapałem wrócili do zabawy, która polegała tym razem nie tylko na budowaniu

wieży, lecz również na jej burzeniu. Trochę to była hałaśliwa zabawa, ale… co tam…

Co ja zrobiłam w wyżej opisanej sytuacji? Pocieszyłam Jasia. Wysłuchałam obu stron.

Pogadałam sobie z rączkami Stasia, które działają często bardzo impulsywnie i się Stasia nie słuchają. Nie obarczałam winą Stasia, tylko próbowałam uświadomić mu, że to on jest odpowiedzialny za to, co robią jego rączki. I niech się sam weźmie za ich wychowanie!☺ Próbowałam więc wzbudzić w Stasiu – drogą trochę okrężną ‒ poczucie odpowiedzialności za siebie i za swoje czyny, empatię oraz świadomość swego ciała.

Zdarzyło się jeszcze parę razy, że Staś uderzył któreś z dzieci. Po czym potrząsał rękoma w powietrzu i mówił do nich: „Mówiłem wam, rączki, żebyście nie biły dzieci, nie róbcie tego więcej, bo je boli!”. Potem podchodził do dziecka, przytulał, przepraszał. Sam więc uczył się panować nad swoją impulsywnością. Aż wreszcie znalazł skuteczne rozwiązanie: Gdy „chciało mu się” uderzyć dziecko – pakował ręce pod pupę (jeśli siedział) lub splatał je za plecami. Sam do tego doszedł! Wtedy wkraczałam ja i pomagałam mu znaleźć inne rozwiązanie konfliktowej sytuacji niż: „kulą w łeb”. Pomagałam mu pytaniami ‒ głównie po to, by sam dochodził do najlepszego – jego zdaniem – rozwiązania. Rozwiązania – społecznie akceptowalnego ☺.

Oczywiście Staś w wyżej opisanej sytuacji wzbudził we mnie, w pierwszym momencie, złość

i oburzenie, bo: „Jak on mógł uderzyć kolegę klockiem w głowę!? Czy on w ogóle zastanawia się nad tym, co robi?!!!” Najchętniej nakrzyczałabym na niego i w jakiś sposób ukarała, np. kazała usiąść na krzesełku, nie pozwoliła bawić się z dziećmi itd., itp., ale… no, właśnie. Czy on na pewno wie, co robi? Działa impulsywnie i w przekonaniu, że Jaś zasługuje na to, aby go walnąć klockiem, ponieważ zburzył wieżę! Co osiągnę, krzycząc na Stasia, izolując go na jakiś czas od grupy? I… jak JA będę się z tym czuć? Wzięłam głęboki oddech, uspokoiłam emocje, podeszłam do chłopca. Wykorzystałam tę sytuację, żeby popracować ze nim nad jego poczuciem odpowiedzialności za siebie, panowaniem nad odruchami, nad świadomością własnego ciała, empatią.

Inny chłopiec, czteroipółletni Leszek (ileostomik od drugiego miesiąca życia), uwielbiał dokuczać dzieciom, psuć im zabawę. A to przewrócił stolik, na którym dziewczynki bawiły się w teatrzyk, a to wgramolił się do kącika lalek i wszystko tam poprzewracał. Poza tym uwielbiał dzieci szczypać, ciągnąć za włosy, podcinać im nogi… Potem obserwował reakcję dziecka, na którym się właśnie wyżył, czekał też na reakcję wychowawczyń. „Jestem zły, zły!” – mówił z uśmieszkiem.

Wszelkie próby przemówienia mu do rozsądku spełzały na niczym. Odnosiło się

wrażenie, że wręcz czeka na nasze: „Nie wolno bić, szczypać, pociągać za kucyk… to boli!” oraz na kary, np. izolowanie go od bawiących się dzieci. „Przeproś teraz” ‒ mówiłyśmy. „Przepraszam” – skwapliwie odpowiadał i po minucie dokuczał kolejnemu dziecku.

Doskonale wiedział, co robi. Ale czy wiedział, czemu to robi? Pomyślałam, że być może w ten sposób podświadomie doprasza się naszej uwagi. A w każdym razie dostaje ją, i owszem, ale swoje za złe zachowanie. Od tej pory bacznie Leszka obserwowałam i gdy tylko spostrzegłam, wyczułam ‒ po jego zachowaniu i spojrzeniu ‒ że znów zamierza wyrządzić dzieciom jakąś szkodę, wołałam go do siebie i prosiłam o pomoc np. w przytrzymaniu czegoś, posprzątaniu ze stołu, zamieceniu podłogi itp. Chłopiec szybko porzucał swój pierwotny zamiar i bardzo chętnie mi pomagał, a ja oczywiście dziękowałam mu, wyrażałam mu swoje uznanie.

Któregoś dnia chłopiec pochwalił się odprowadzającym go rodzicom:

‒ A ja cioci pomagam!

‒ Ty pomagasz??? – zdziwiła się jego mama – A mnie w domu nie pomagasz, tylko psocisz! Ja już, proszę pani – zwróciła się do mnie nad jego głową ‒ nie mam do niego siły!

Kątem oka obserwowałam Leszka i widziałam, jak mu pod nosem złośliwy uśmieszek wyrasta…

Zaprosiłyśmy z koleżanką rodziców chłopca na rozmowę… Zmęczeni pracą, mówili, że marzą o ciszy i spokoju w domu; Leszek zaś – jakby na przekór ich życzeniom – rozrabia, psoci, przeszkadza. Więc na niego krzyczą. Czasem nawet dają klapsa lub wymyślają jeszcze inne kary, które pomagają na chwilę.

‒ To taki nasz diabełek – powiedziała mama.

‒ Diabełek???

‒ No, tak go czasem nazywamy. Aniołki mu daję za przykład, ale on woli być czarnym

diabełkiem – uśmiechnęła się.

Przypomniało mi się, że Leszek mówił często o sobie: „Jestem zły! Zły!”. Być może utożsamił

się z etykietką, jaką rodzice nieświadomie mu przykleili. Tym bardziej, że za złe zachowanie dostawał od nich to, na czym mu szczególnie zależało ‒ ich uwagę. Co prawda krzyczeli na niego, czasem dali klapsa lub inaczej ukarali – ale był w centrum ich uwagi.

Karanie nie ma sensu, bo utwierdza dziecko w przekonaniu, że jest złe, oraz zwalnia je z

poczucia odpowiedzialności za siebie. Do kar można się też przyzwyczaić, a nawet uznać je za pewnego rodzaju gratyfikację: jeśli złe zachowanie stało się sposobem na uzyskanie czyjejś uwagi, to czy warto się poprawiać?

Zamiast karać dziecko za niepożądane zachowanie, warto spróbować dotrzeć do

przyczyny: czemu zachowuje się ono tak lub inaczej. Trzeba też uświadomić sobie, że to nie my mamy problem z dzieckiem, lecz – że to ono ma problem ze sobą. Nastroi nas to empatycznie i zbliży do zrozumienia, co dziecku dolega. Jesteśmy po to, aby pomóc Leszkowi, Stasiowi i innym. Aby wesprzeć ich między innymi w rozwoju emocjonalnym i społecznym.