Gdzie jest złoty środek?

Gdzie jest złoty środek?

Autor: Monika Zamachowska

 

Piszę do Państwa te słowa ze społecznej izolacji chwilę po tym, jak premier mojego kraju zapowiedział narodową kwarantannę jako sposób walki z pandemią COVID-19. Są tacy, wśród nich ja, którzy uważają, że to nie pandemia sprowokowała rząd do przyjęcia strategii zastraszania obywateli, a zakrojone na ogólnopolską skalę protesty pod hasłem #strajkkobiet. Nie o tym chciałam jednak pisać.

Jestem osobą społeczną i towarzyską, bardzo ekstrawertyczną. Oznacza to, że swoje baterie ładuję dzięki kontaktowi z drugim człowiekiem. Zdiagnozowałam to u siebie dość dawno temu, przeanalizowałam też pod tym kątem zachowania członków mojej rodziny, więc wiem, że te cechy charakteru zdarzają się często, ale nie powszechnie. Zaryzykowałabym nawet twierdzenie, że w moim najbliższym otoczeniu (bo nie na świecie, tego po prostu nie wiem) proporcja głośnych, dominujących dusz towarzystwa do cichych i wycofanych odludków wynosi mniej więcej pół na pół. A to znaczy, że w ten czy inny sposób potrzebujemy siebie nawzajem, choćby dlatego, że przeciwieństwa się przyciągają.

W zależności od tego, do którego zbioru należy mój przyjaciel bądź krewny, tak przechodzi czas izolacji pandemicznej od marca 2020. Najogólniej mogę powiedzieć, że osoby introwertyczne przechodzą go lepiej. Ich naturalne dążenie do samodzielności, a nawet samotności sprawia, że perspektywa pozostania w domu wpływa na nich bardzo pozytywnie, wygląda nawet na spełnienie marzeń, a z całą pewnością jest postrzegana jako sytuacja komfortowa, której nie trzeba się bać. U mnie oraz u moich ekstrawertycznych krewnych i znajomych, siedzenie w domu przed ekranem komputera, to na dłuższą metę kompletny koszmar.

Jestem relacyjna (choć także konfrontacyjna), pragnę kontaktu z drugim człowiekiem właściwie ciągle, a to oznacza również autentyczną potrzebę poznawania nowych osób i obecności nowych ludzi w moim życiu. Niebezpieczna cecha, powiecie, prowadząca do „porzucania” tych znanych, czytaj nudnych znajomych, na rzecz ekscytującej nowości. Ale zupełnie nie o to tutaj chodzi. Kocham tych, których kocham, szanuję, kogo szanuję. Ludzie mi się nie nudzą, właściwie nigdy nie mam wrażenia, że znam kogoś na wskroś. Własne dzieci są dla mnie niespodzianką, że o mężu artyście nie wspomnę. Potrzeba spotykania nowych ludzi, to po prostu część mojej konstrukcji psychicznej. Większości zapewne nawet nie zapamiętam, nie zdołam się zaprzyjaźnić, nasz kontakt będzie chwilowy, ale dla mnie bardzo ważny.

W sytuacji, gdy zostaję zamknięta w czterech ścianach, coś we mnie umiera. Tak, jestem matką, żoną, gospodynią, opiekunką zwierząt i osób starszych. Wykonuję swoje obowiązki on-line, planuję każdy dzień tak, jak zwykle, pochylam się nad problemami domowników. Ale w rzeczywistości więdnę. Nic na to nie poradzę. Te bodźce, które docierają do mnie przy okazji spotkania z kimś, kogo nigdy wcześniej nie widziałam, historia tej osoby, choćby najbardziej schematyczna, problem, deklaracja przynależności, osobista identyfikacja z jakąś ideą, światopoglądem, to wszystko, co składa się na energię takiego spotkania, jest dla mnie absolutnie bezcenne.

Myślę, że to część zawodu dziennikarza, który wykonuję od 25 lat. Myślę także, że to jest zjawisko porównywalne z pragnieniem bycia na scenie, estradzie, na planie filmowym czy w czasie aktu tworzenia w pracowni rzeźbiarskiej albo malarskiej, które odczuwają artyści czasem od bardzo młodego wieku. Oczywiście nie jestem artystą, jestem zwykłym rzemieślnikiem, który nie tworzy wartości dodanej, jednak z całą pewnością jest nośnikiem informacji, takim jak pendrive albo dysk zewnętrzny. Być może mam odrobinę więcej wdzięku albo trochę częściej wykazuję cechy niepowtarzalności, które w analizie danych świadczą o błędzie, ale w przypadku analizy tworów organicznych, świadczą o człowieczeństwie. Bo jestem człowiekiem i to w dodatku takim, który został stworzony, by żyć i być z innymi. Nie tylko ze swoim stadem, swoją „podstawową komórką społeczną”, ale także z innymi, nawet całkiem obcymi ludźmi, którzy tworzą mniejszą lub większą społeczność mojej dzielnicy, miasta, narodu.

Dlatego dla mnie kolejny lockdown, narodowa kwarantanna, czy jak by tego nie chcieli nazwać rządzący, jest dużo większym dramatem niż epidemia koronawirusa. Nigdy nie twierdziłam, że wirusa nie ma, boję się o swoich rodziców i wszystkich bliskich mi ludzi z grupy ryzyka. Ale długotrwałe odosobnienie i brak możliwości fizycznego, bezpośredniego kontaktu z tymi osobami, jest dla mnie równie wielką karą, jak ich czy moja choroba. Tak, nie chcę żeby umarli, i sama wolałabym nie umierać, dusząc się, w szpitalu, bez możliwości pożegnania się z najbliższymi. Gdzieś w tym wszystkim musi być złoty środek, rozważna równowaga, która mnie i ludziom, takim jak ja, pozwoli nie oszaleć i przeżyć ten czas bez wyrządzania krzywdy innym. Jeszcze nie wiem, jak to zrobić. Myślę o tym codziennie i pozdrawiam wszystkich tych, którzy są z tej samej gliny. Przetrwamy!

Znajdź nas na
Znajdź nas na
Znajdź nas na