Papa Jan – wywiad z Janem Gralą

0

Od chwili ślubu oboje bardzo pragnęliśmy dziecka. Posiadanie własnej rodziny było zawsze moim wielkim marzeniem, może dlatego, że właśnie straciłem rodziców. 

Rozmawia: Mirela Bornikowska / Fundacja STOMAlife

Mirela Bornikowska: Witaj, Janku. Wybacz, że zacznę przewrotnie i pierwsze pytanie będzie dotyczyło mnie, a nie ciebie. Dlaczego to ja, a nie profesjonalna dziennikarka, przeprowadzam z tobą wywiad? To druga taka sytuacja w moim życiu. Myślę, że pamiętasz rozmowę z Radkiem Pawłowskim, która ukazała się w zimowej edycji „Po Prostu Żyj”? W Fundacji narodził się pomysł, bym to ja, ponieważ dobrze poznałam historię Radka, spisała w formie wywiadu rozmowę z nim. Myślałam, że będzie to jednorazowa, cudowna dla mnie przygoda. Jednak gdy okazało się, że kolejne przeprowadzane przeze mnie rozmowy mogą choć trochę przybliżyć Radka do wymarzonej modularnej protezy nogi, moja radość była jeszcze większa. Jesteś, podobnie jak Radek, człowiekiem, który dzięki Internetowi stał się moim dobrym znajomym, a twoja historia, którą się za chwilę z nami podzielisz, jest równie… mocna, pokazująca niezłomność i niesamowity hart ducha w walce o to, co w życiu najważniejsze. Gdy usłyszałam przez telefon twój głos, zaproponowałam, że zgadnę skąd pochodzisz?

Jan Gralla: Jo jest synek z Górnego Ślonska, po godce idzie to poznać.

MB: Tak jest! A powiesz o sobie cóś wincej Karliczku?

JG: Nazywam się Jan Gralla, mam 37 lat i pochodzę z małej wsi Miedary leżącej w okolicach Tarnowskich Gór. Jestem siódmym, najmłodszym dzieckiem w rodzinie. Mam trzy siostry i trzech braci. Niestety nie ma już z nami rodziców ‒ mama zmarła piętnaście lat temu, tata ‒ sześć. Za to rodzeństwo (sporo ode mnie starsze) stara się w pewien sposób rodziców mi zastąpić, dbając o mnie i opiekując się mną, zwłaszcza w ostatnich miesiącach.

MB: No właśnie, zanim przejdziemy do tego, co traumatycznego wydarzyło się w twoim życiu niedawno, powiedz, gdzie teraz mieszkasz i pracujesz?

JG: Obecnie mieszkam w Holandii z żoną i naszym małym synkiem Kacperkiem, który przyszedł na świat 27 października 2020 roku. Jestem tutaj od sierpnia 2014 roku. Mogę powiedzieć, że przyjechałem tu za miłością mojego życia ‒ Joanną. Choć poznaliśmy się w Polsce dość standardowo, bo na dyskotece, a nasze rodzinne domy dzieliło nie więcej niż 30 kilometrów, to jednak pobyt Asi za granicą był wyzwaniem, któremu wspólnie sprostaliśmy, by być razem, bo tego najbardziej pragnęliśmy i tego najbardziej byliśmy pewni.

MB: To rzeczywiście poważna decyzja i duża zmiana w życiu.

JG: Mojej narzeczonej, a obecnej żonie, z pewnością było łatwiej, ale dla mnie rok 2014 był naprawdę życiową rewolucją. Opuszczałem rodzinny dom, zmieniałem pracę, ze szczątkową znajomością języka niemieckiego rzucałem się na kompletnie nieznane wody (na szczęście nie te depresyjne). W Holandii na początku wszystko było dla mnie zupełnie nowe i nie wiedziałem, czy dam sobie radę bez znajomości języka niderlandzkiego. Na szczęście po jakimś czasie, dzięki operatywności żony wszystko się ułożyło i do tej pory jest nam tutaj bardzo dobrze.

MB: Co masz na myśli, mówiąc, że tak wiele wtedy zależało od żony?

JG: Za naszą stabilizacją stoi moja kochana Joasia. To dzięki niej razem zapisaliśmy się do szkoły językowej i tu muszę się pochwalić, że zdaliśmy egzaminy potwierdzające naszą znajomość języka. Razem pracujemy także w wielkim przedsiębiorstwie. Po prostu ja dołączyłem do firmy, w której żona już wcześniej pracowała. Znajomi pytają, czy nie mamy siebie dość, przez całą dobę przebywając razem, ale jak dotąd, po sześciu latach znajomości i czterech małżeństwa, odpowiadamy, że jeszcze się sobą nie znudziliśmy.

MB: To po tobie widać i słychać, że jesteś bardzo szczęśliwy z Joanną, czy jako małżeństwo planowaliście powiększenie rodziny?

JG: Od chwili ślubu oboje bardzo pragnęliśmy dziecka. Posiadanie własnej rodziny było zawsze moim wielkim marzeniem, może dlatego, że wcześnie straciłem rodziców. Niestety w kwestii powiększenia rodziny nie wszystko poszło zgodnie z planem. Długo czekaliśmy na naszego cudownego synka Kacperka. Urodził się po czterech latach małżeństwa, ale do przeszłości już nie chcę wracać. Od 27 października jest naszym Wielkim Maleńkim Szczęściem i wiem, że tak już zostanie bez względu na to, jaki będzie duży (a ma po kim rosnąć)

MB: Dziękuję ci Janku za obszerne przedstawienie rodzinnej historii. Wspominając swoje opiekuńcze, starsze rodzeństwo, zahaczyłeś o ostatnie dni, tygodnie i miesiące. Ja już wiem, ale czytelnicy na pewno chcieliby usłyszeć, co wydarzyło się i zmieniło w życiu trzydziestosiedmioletniego, silnego jak tur faceta?

JG: Rok 2020, jak wiesz, dla całego świata nie był rokiem łatwym i podobnym do innych. U nas zaczął się wspaniale, od wiadomości, że jesienią zostaniemy rodzicami. Nie wyobrażaliśmy sobie większego szczęścia ani tego, że coś mogłoby je zakłócić. Sprawę wiosennej pandemii pominę, bo wiadomo, że jak każda para oczekująca dziecka, baliśmy się podwójnie czy potrójnie, ale dla nas czas stanął w miejscu na początku sierpnia.

MB: Co masz na myśli?

JG: Dowiedziałem się, że mam na jelicie grubym guza wielkości 7 centymetrów, który zajmuje 75% światła jelita i schodzi w dół odbytu aż do zwieraczy.

MB: W tym momencie każde pytanie może zabrzmieć trywialnie i nie na miejscu, ale jak to możliwe, że tak duży guz nie dawał wcześniej żadnych objawów?

JG: Choroba działała podstępnie, nic nie zapowiadało takiego dramatycznego jej przebiegu. Czasem odczuwałem nieprzyjemne parcie, ale zaniepokoiła mnie dopiero krew z odbytu. Po wizycie u lekarza domowego hemoroidy zostały wykluczone. Wtedy zostałem wysłany na szereg szczegółowych badań, w których również nic nie znaleziono. Dopiero po kolonoskopii stwierdzono u mnie złośliwego raka jelita grubego. Wtedy ruszyła bardzo dobrze działająca maszyna holenderskiej służby zdrowia. Zrobiono mi szereg badań na czele z radioterapią, która miała na celu uśpienie guza przed operacją, żeby nie zaatakował innych organów. Miałem też skany ciała, sprawdzające, czy nie ma przerzutów, ale na szczęście nic nie wykazały. Do dnia operacji miałem egoistyczną nadzieję, że wyniki zostały pomylone, że to wszystko nie może być prawda.

MB: Nie potrafię sobie wyobrazić, co czuliście z żoną.

JG: To prawda. Trudno nasz stan z perspektywy kilku miesięcy opisać słowami. Powiedzieć, że świat się nam zawalił, to za mało. Miałem ogromny żal do losu, że dzieje się to właśnie teraz, kiedy jestem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Pytanie: „Dlaczego ja?” nie opuszczało mnie ani na sekundę. Żona była w 29 tygodniu ciąży. Nie mogłem pogodzić się z myślą, że powołaliśmy na świat nowe życie, a moje może się zakończyć, zanim zobaczę syna. Co z nimi będzie? Jak poradzi sobie Asia?

MB: Wspominałeś o wsparciu rodziny. Można powiedzieć, że w tym nieszczęściu nie byliście sami?

JG: Mobilizacja obu rodzin była niesamowita. Chcieli od razu przyjeżdżać do Holandii, by nas wspierać i pomagać. Stało się inaczej dzięki, co kolejny raz podkreślę, niesamowitej opiece medycznej tu na miejscu. Wszystko działo się w tak kosmicznym tempie, że nie miałem czasu, by się nad tym wszystkim zastanawiać, rozpamiętywać czy rozpaczać. Jeśli powiem, że wszystko zaczęło się w sierpniu i skończyło w sierpniu, to uwierzysz?

MB: Wiesz, że mieszkając w Polsce, muszę na to pytanie odpowiedzieć przecząco. Ale co ty konkretnie masz na myśli?

JG: Diagnoza była 3 sierpnia, a 31 byłem po operacji usunięcia nowotworu.

MB: Dla nas, niestety, to naprawdę brzmi jak kosmos. Widać, że jak machina dobrze działa (jak to określiłeś), to nawet pandemia nie jest przeszkodą, by na czas pomóc tym, którzy tego czasu nie mają.

JG: Idealnie to ujęłaś. Ten „brak czasu” można rozumieć tak w przenośni, jak i dosłownie. Na psychikę naszą i naszych najbliższych miało to zbawienny wpływ. Rodzina nie zdążyła „rozejrzeć się za biletami”, a ja już… „obcemu” powiedziałem: Spie…aj dziadu!!! I obolały wróciłem do domu. Wtedy pomoc najbliższych z Polski okazała się nieoceniona. Mam tu na myśli moje dwie siostry, brata i siostrę mojej żony, którzy bardzo nam pomagali. Ja, tuż po operacji, nie umiałem dać sobie rady z podstawowymi czynnościami i potrzebowałem czasu, by dojść do siebie, a moja żona, będąc w 8 miesiącu ciąży, nie bardzo mogła mi pomóc, więc w tym czasie nasze rodziny naprawdę spadły nam z nieba. Nie chodzi tu tylko o wsparcie dla mnie w podstawowych życiowych czynnościach, odciążenie (nomen omen) ciężarnej żony, ale rodzinka na 6 z plusem przygotowała wszystko, co wiązało się z przyjściem na świat Kacperka (torbę do porodu, wyprawkę, pokój dla naszego synka). Myślę, że Kacperek dlatego jest spokojnym dzieckiem spokojnych rodziców, w dużej mierze dzięki ukochanym Ciociom i Wujkom. Ich pomoc była cenniejsza od złota, bo obie nasze rodziny odwaliły kawał wspaniałej roboty. Z taką rodziną wychodzi się dobrze nie tylko na zdjęciu!!!

MB: Muszę ci powiedzieć, że słucha się twojej opowieści troszkę jak baśni braci Grimm, w których też są straszne momenty, ale w konsekwencji dobro zwycięża.

JG: Masz rację. Teraz, z perspektywy czasu, stwierdzamy z żoną, że może to nie był najgorszy, a najlepszy moment do walki z wrogiem, skoro już walczyć mi przyszło? Kto wie, czy będąc samotnym „starszym kawalerem” znalazłbym w sobie tyle siły? Czy czas oczekiwania na wymarzone dziecko wraz z ukochaną żoną nie był dodatkowym zastrzykiem niesamowitej energii, która pozwoliła nam przez to przejść? Dziś mogę powiedzieć, że walczyliśmy całą rodziną: Asia, Kacperek i ja!

MB:W twoim przypadku możemy mówić o operacji ratującej życie, ale jak się pewnie domyślasz, w naszym wywiadzie musi pojawić się słowo… stomia. Inaczej pewnie byśmy się nie poznali.

JG: Tak. Stomikiem zostałem 31 sierpnia 2020 roku. Mogę powiedzieć, że na stół szedłem z nowotworem, a zszedłem z niego z … nowym otworem ☺, , choć w tej chwili o stomii myślę już jak o róży.

MB: Sama jako stomiczka mogę spróbować sobie wyobrazić, że ta informacja była dla ciebie szokiem, choć w obliczu starcia ze śmiertelnym wrogiem, jakim jest nowotwór, świadomość konieczności wyłonienia stomii chyba zeszła na plan dalszy?

JG: Wiadomo że taka informacja zwala ludzi z nóg i obraca wszystko do góry nogami. Tak jak mówisz, pierwsza myśl to: „Chcę żyć”, ale po badaniach w szpitalu i informacji, że będę miał stomię, nie docierało to do mnie wcale i za wszelką cenę chciałem usłyszeć, że musi być jakaś inna metoda rozwiązania tego problemu. Jednak im więcej przeczytałem o stomii i ludziach, którzy z nią żyją, tym szybciej zmieniłem podejście do samego zabiegu i późniejszego życia z stomią. Powiedziałem sobie, że jeśli to ma być cena za szczęśliwe życie z żoną i synkiem, to naprawdę… niedrogo, że się tak wyrażę.

MB: Im dłużej rozmawiamy, tym bardziej przekonuję się o twoim niesamowitym poczuciu humoru i pozytywnym nastawieniu do świata. Czy to jest wrodzona cecha Ślązaków?

JG: Ano. Niy myslołech, że byda musioł żyć z bojtlym na basie.

MB: Czyli? Mogę ja pokusić się o przetłumaczenie na polski?

JG: Pewnie!

MB: „Nie myślałem, że będę musiał żyć z workiem na brzuchu”. Dobrze?

JG: To je barzo akuratny przekłod. Chytro dzioucha z ciebie.

MB: Ha, ha. Dziękuję. To już zostawię do przetłumaczenia czytelnikom.
A poważniej. Pamiętasz swoje pierwsze myśli i odczucia po wybudzeniu z narkozy? 

JG: Moje pierwsza myśl: „Czy wszystko poszło dobrze i czy operacja się udała”. Ku mojemu zdziwieniu od razu po otwarciu oczu dostałem lody, a po chwili normalny obiad. Łasuchowi od razu humor się poprawił.

MB: Tu widzę kolejną przepaść między krajami, w których żyjemy. Dla mnie głód był straszną torturą. Głodówka przed operacją, głodówka po, herbata, kleik, to się ciągnęło kilka dób, że tak powiem. A po obiedzie, dokąd uciekły twoje myśli?

JG: Najpierw pojawiła się tęsknota za żoną, wiara, że wszystko jest w porządku z nią i dzieckiem. Potem wielka nadzieja, że nasz największy problem został z mojego ciała usunięty w całości, a dopiero potem przyszła ciekawość, jak wygląda na żywo wyłoniona stomia i jak będzie od tej chwili wyglądało moje życie, zwłaszcza w sferze najbardziej osobistej, jaką jest nasza fizjologia.

MB: A czy miałeś momenty totalnego załamania lub depresji?

JG: Nie miałem takich chwil, ponieważ, przerobiłem to w głowie przed wyłonieniem. Wiedziałem, że nie jest zabieg na życzenie, tylko ratujący życie. Dużo czytałem o stomii w Internecie. Oglądałem filmiki na YouTubie, jak to wszystko wygląda, jak mocuje się sprzęt do ciała. Na początku był to dla mnie kosmos, myślę, że jak dla każdego, ale skróciłem ten czas do minimum, bo musiałem przygotować się do… porodu

MB: No właśnie. Uprzedziłeś moje kolejne pytanie. Jak wyglądało przyjście na świat waszego syna?

JG: Podczas porodu mojej żony starałem się być dla niej takim samym wsparciem, jakim ona była dla mnie podczas całego tragicznego sierpnia. Nie wiem, jak zniósłbym te wszystkie badania i operację, gdybym nie czuł jej ogromnej siły i wielkiego wsparcia. Październik to był miesiąc, w którym role się odwróciły. Wtedy ona „wsiadła do bolidu Formuły 1”, a ja postanowiłem być jej najlepszym i najwierniejszym pilotem. Cały czas byłem przy niej na sali porodowej, dawałem jej dodatkową siłę i wsparcie, razem pomogliśmy bezpiecznie przyjść na świat naszemu największemu szczęściu.

MB: Od 27 października jesteście we troje, ale ja jeszcze chciałam zapytać jak ty po tych kilku miesiącach funkcjonujesz? Jak sobie radzisz?

JG: Teraz już jestem przyzwyczajony do życia ze stomią. Funkcjonuję normalnie, powiedziałbym, że tak samo, jak przed operacją. Mam jeszcze ograniczenia w podnoszeniu ciężkich rzeczy, ale to nie jest dużym problemem, ważne jest to, że jestem zdrowy.

MB: A jak wyglądało to od strony technicznej? Chyba każdemu stomikowi zadaje się takie pytanie? Jak z obsługą sprzętu?

JG: Na początku ciężko było to opanować i nauczyć się prawidłowego zakładania worków, ale miałem duże wsparcie ze strony pani pielęgniarki stomijnej, która już w szpitalu bardzo wiele mnie nauczyła. Zdarzały się również wypadki, ale to zdarza się chyba każdemu, kto ma założoną stomię zanim przyzwyczai się do nowej sytuacji. Teraz już mam odpowiednio dobrany sprzęt. Żyję i dobrze funkcjonuję. Pomagam żonie w opiece nad Kacperkiem, który jest dla mnie bardzo ważny i dla niego jestem każdego dnia silniejszy .

MB: Nasza rozmowa powoli dobiega końca. Trudno, by ostatnie pytanie nie dotyczyło przyszłości. Jakie macie plany, o czym marzysz u progu 2021 roku?

JG: W planach mam powrót do Polski z żoną i synkiem. Czeka tam mój rodzinny dom, który po śmierci rodziców ma stać się naszym domem. Oby jeszcze praca się znalazła, którą jako zdrowy stomik mógłbym wykonywać. Reszta leży w naszych rękach. Moje marzenia są bardzo proste, może dla kogoś przyziemne? Chcę korzystać z życia do oporu, cieszyć się rodziną, być zdrowym, żeby ta paskudna choroba nigdy już nie wróciła.

MB: Słowo „przyziemne” w ustach takich Wojowników jak ty, zupełnie zmienia znaczenie. Z „dalekiej podróży” cudownie jest wrócić na Ziemię, prawda? Tylko wtedy dostrzega się, że… życie cudem jest, jeśli posłużymy się słowami piosenki.

JG: Tak właśnie jest. A jeśli powiem, że w tym najtrudniejszym okresie z dalekiej, nieznanej planety przybył do nas Mały Książę, to w tym momencie chciałbym zakończyć tę rozmowę, bardzo ci za nią dziękując. Marzę o tym, żeby cudowna bajka, jaką teraz jest moje życie po prostu trwała.

MB: To ja na paluszkach uciekam. Dziękuję ci Waleczny Janie!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *