Medycyna chińska Wywiad z Urszulą Jóźków cz.I

autor: Agnieszka Łozińska

 

O medycynie chińskiej i zawodzie akupunkturzysty rozmawiam z dyplomowaną akupunkturzystką, terapeutką, właścicielką gabinetu akupunktury i terapii naturalnych (http://gabinetakupunktury.com/) Urszulą Jóźków.

Głównym celem medycyny chińskiej było zachowanie zdrowia. Takie było pierwotne założenie wszystkich jej elementów. Ludzie korzystali z ziół, akupunktury, masażu i odpowiedniej diety, żeby być w formie, nie lecieli do lekarza, kiedy się zepsuło, tylko żeby zachować zdrowie. Obecnie głównie przychodzą pacjenci z jakimś konkretnym problemem, ale potem przychodzą raz na jakiś czas na podtrzymanie zdrowia, na podregulowanie i to mnie najbardziej cieszy. Bo medycyna chińska to jest system, jak żyć, żeby żyć zdrowo, żeby nie trzeba było podkręcać sobie tej energii ‒ bo kiedy człowiek żyje dobrze, nie potrzebuje niczego, żeby było dobrze, ponieważ organizm sam funkcjonuje jak trzeba ‒ myśli jak trzeba, trawi pokarmy jak trzeba, kobieta menstruuje jak trzeba i wszystko hula.

Agnieszka Łodzińska: Pierwsze pytanie, które chciałabym ci zadać, brzmi: kim ty jesteś z wykształcenia?

Urszula Józków: To jest dobre pytanie, bo moja droga zawodowa do tego miejsca była zawiła i niełatwa. Z wykształcenia jestem filologiem. Pracowałam w ambasadzie między innymi jako tłumacz, a teraz jestem dyplomowanym akupunkturzystą, więc to są dwie całkiem różne dziedziny. Stało się tak, dlatego że sama zachorowałam i najpierw jako pacjent poznałam, jaka jest moc medycyny chińskiej, a potem przekwalifikowałam się i mi ten zawód podpasował. To było ponad 10 lat temu. Chorowałam na bardzo rozległe migreny, przez 5 lat nikt nie mógł mi pomóc, dawano mi coraz mocniejsze środki przeciwbólowe, aż w pewnym momencie stwierdziłam: basta, to nie może tak być, że ja do końca życia będę brała przeciwbólowe leki. Zaczęłam szukać alternatywy i intuicyjnie skierowałam się w stronę medycyny chińskiej. W zasadzie to były zabiegi refleksoterapii. Zatem nie akupunktura, nie krojone na miarę receptury ziołowe, tylko refleksoterapia, czyli specjalistyczny masaż stóp. To była kwestia kilku miesięcy, jak zostałam wygrzebana z tych migren, bo moja terapeutka Ula solidnie te masaże przeprowadzała, więc wystarczyło kilka miesięcy międlenia tych moich stóp. A mojego męża wyprowadziła z astmy. Dodatkowo podpowiedziała mi, jak żyć, jak się odżywiać, pokazała mi inną perspektywę patrzenia na różne rzeczy. I wtedy zaczęłam się w to wgryzać. Dzięki temu, że znam kilka języków obcych, mogłam przeczytać książki, które po polsku nie są dostępne.

AŁ: Ale ty jesteś filologiem fińskim?

UJ: Tak. Jestem filologiem fińskim, ale równocześnie znam angielski oraz niemiecki, bo to był mój drugi język, który studiowałam obok fińskiego. A w tej chwili znam jeszcze francuski.

AŁ: Jednym słowem – poliglotka.

UJ: Tak (śmiech). Ale to mi do tej pory bardzo pomaga w korzystaniu ze źródeł. A teraz, kiedy prowadzi mnie, uczy profesor Li Jie, jeszcze bardziej, ponieważ on nas, uczniów, gania, żeby czytać dzieła klasyczne, mówiące o medycynie chińskiej, czyli dzieła, które mają po kilka tysięcy lat, pisane ponad 2000 lat temu. Więc szukamy, ja i moi koledzy, różnych tłumaczeń ‒ po francusku i angielsku ‒ żeby się wgryzać w te teksty. A to są starożytne, niesamowicie mądre teksty, które oczywiście były napisane po chińsku, ale są dostępne w różnego rodzaju tłumaczeniach na angielski, francuski, to są dwa języki, w których czytałam, i wiem, jaki poziom przedstawiają. A w chiński pomalutku się wgryzam. (śmiech)

AŁ: Jak zaczęłaś się uczyć medycyny chińskiej?

UJ: Najpierw zrobiłam podstawowy kurs z refleksoterapii, to jest taki specyficzny masaż – w moim przypadku to były stopy. Teraz to wiem, bo znam akupunkturę, znam przebiegi meridianów, czyli ścieżek, którymi przechodzi Qi (energia życiowa), że są zrobione jakby mapy odpowiadające tzw. refleksom, czyli temu – jaki punkt na stopie jest połączony z jakim organem. Zaczęłam od prostej rzeczy, bo nie wiedziałam, na ile mnie to wciągnie. Natomiast wiedziałam, że pomogło to mnie, pomogło mojemu mężowi, pomogło dzieciom. Wczytywałam się w filozofię tak naprawdę medycyny chińskiej, bo do mnie przemówiło, że to nie jest magia, że to nie są czary ani zabawa z jakimiś dziwnymi rzeczami, tylko to są lata, setki, tysiące lat obserwacji człowieka i jego związku z naturą i tego, co mu się dzieje w środku. Zatem najpierw zrobiłam podstawowe kursy refleksoterapii, żeby zobaczyć, jak się w tym sprawdzam, i ćwiczyłam bardzo intensywnie na rodzinie. A potem zrobiłam drugi stopień, następnie trzeci ‒ profesjonalny ‒ kończący się egzaminem państwowym, który pozwalał mi działać. To wszystko zrobiłam w Polsce, w kwietniu 2012 roku. Nie wiedziałam jeszcze, że wyjeżdżamy do Francji, bo to się okazało dopiero w sierpniu. Po roku siedzenia we Francji ‒ bo to mój mąż miał tam kontrakt, a ja się zajmowałam domem i dziećmi ‒ postanowiłam studiować medycynę chińską, akupunkturę, ponieważ wiedziałam, że będę miała 4 lata wolne, bez pracy. Więc wymyśliłam sobie te studia, żeby zająć sobie czas i nie siedzieć bezczynnie. I to dało mi solidne podstawy, dało mi dyplom, dało mi start.
We Francji skończyłam czteroletnie studia akupunktury – w obcym języku, którego wcześniej uczyłam się tylko rok, a w międzyczasie robiłam także refleksoterapię czaszkowo-krzyżową, czyli taką bardzo wnikliwie już segmentującą stopy. Tego już uczyłam się w Szwajcarii u samej twórczyni tego systemu. Byłam u niej na dwóch kursach.

AŁ: Czy jeździłaś do Chin w związku z tymi studiami na jakieś dodatkowe kursy, czy to było potem?

UJ: To już było po studiach, po powrocie do Polski. Cały czas się dokształcałam, dokształcam i będę dokształcać ‒ mam już na co najmniej 10 lat zaplanowane, co bym chciała zrobić. Bo trudno przez pół życia nauczyć się tego, co było odkrywane przez tysiące lat. Więc mam poczucie, że tylko liżę to powierzchownie. Po powrocie do Polski, jak już miałam dyplom akupunkturzysty, skontaktowałam się ze szkołą TOMO i oni akurat mieli możliwość wyjazdu na staż do Jinanu, do Chin. Wysłałam swoje papiery, ponieważ zielone światło musiał mi dać profesor Li Jie, bo nie skończyłam tej szkoły. Na szczęście zgodził się i pojechałam. I tam mi się klapki otworzyły, z czym mam do czynienia naprawdę i na czym polega akupunktura finezyjna, taka akupunktura, która nie opiera się na gotowych protokołach, tylko jest dopasowana do osoby, do jej potrzeb w danym momencie ‒ do jej słabości i do jej mocnych stron. To było niesamowite odkrycie, choć z drugiej strony to był także cios, bo zdałam sobie sprawę, że przez cztery lata nie kształciłam się w tę stronę, ale tak, jak się uczy na Zachodzie, że sprowadza się akupunkturę do gotowych protokołów.
Miałam w Chinach szczęście spotkać się z taką akupunkturą klasyczną, czyli tą, która była u korzeni, taką, jaką się kiedyś robiło. Dlatego moi pacjenci są zaskoczeni, że ja za każdym razem badam puls ‒ choć sama raczkuję z badaniem pulsu, ale sobie nie wyobrażam, żeby robić akupunkturę, nie znając pulsu, ponieważ puls mi mówi, na jakie punkty, jakie meridiany, na co postawić akcent – teraz, w tym momencie.

AŁ: Czy trzeba mieć jakieś specjalne uzdolnienia do medycyny chińskiej, czy każdy może się tego nauczyć?

UJ: Wydaje mi się, że chyba najważniejszą cechą, którą musisz mieć – jeśli chcesz być dobrym akupunkturzystą i terapeutą ‒ jest pokora, bardzo dużo pokory, dlatego że mierzysz się z bardzo trudną i skomplikowaną materią. Chodzi mi tu jeszcze o dwa aspekty – po pierwsze wiedza, która ma ci pozwolić być dobrym terapeutą jest olbrzymia i wymaga lat nauki, ustawicznego kształcenia, rozwoju, także własnego, a z drugiej strony ‒ pokora wobec ludzi ‒ pacjentów, bo my musimy ich zrozumieć, bardzo często musimy słuchać różnego rodzaju historii, które często nie są wesołe, trzeba chyba, a nawet na pewno, kochać ludzi, żeby móc im pomóc. Oczywiście pewnie możesz podejść do tego biznesowo, ale myślę, że ludzie wyczują taką osobą i będą wiedzieli, kto robi to biznesowo, a kto rzeczywiście chce pomóc, a biznes jest dopiero przy okazji.

AŁ: Uważasz, że terapeucie medycyny chińskiej potrzebny jest kurs psychologiczny?

UJ: Ja nie kończyłam, zastanawiałam się nad tym, ale koniec końców stwierdziłam, że nie będę tego robić, bo zostawiam sprawy psychologiczne psychologom i psychiatrom, niech oni się tym zajmą.

AŁ: Ale sama mówisz, że słuchasz czasami niewesołych historii, czy nie potrzebujesz superwizora, który ciebie wysłucha, żebyś nie zwariowała z powodu tego, czego słuchasz?

UJ: Daję radę. W moim przypadku bardzo dużo daje wiara, ona mnie pionizuje, sprawia, że nie obciążają mnie te historie. Słucham ich, bo widzę, że ludzie mają bardzo potężną potrzebę rozmawiania o tych sprawach i nie mają oporów, ponieważ jestem osobą postronną, i wiedzą, że mogą mi o tym powiedzieć. A ja mam zasadę, co jest w gabinecie, zostaje tutaj. I tego się trzymam. Ale wielu znajomych pytało, czy nie czuję się jak śmietnik.

AŁ: Czym w ogóle jest medycyna chińska?

UJ: W zasadzie powiedziałabym, używając modnego słowa, że to jest styl życia, bo medycyna chińska to nie tylko akupunktura, ona jest tylko jednym z jej elementów. Zresztą tak naprawdę w medycynie chińskiej nie tyle chodzi o leczenie, ile o takie prowadzenie życia, żeby człowiek był w formie, żeby nie potrzebował używek, typu kawa, żeby nie potrzebował pigułki na spanie, czopka na wypróżnienie, tylko żeby to wszystko szło samo. Medycyna chińska jest jakby kompleksem, zbiorem różnego rodzaju terapii, ale tak naprawdę jest filozofią życia. Akupunktura jest, jak powiedziałam, jednym z jej elementów. Innym jest dieta – czyli sposób odżywiania. Nie lubię używać w Polsce słowa dieta, bo ona kojarzy się z wyrzeczeniami, głodówkami, ograniczeniami, a to nie o to chodzi. Chińczycy nie myślą w tych kategoriach, co my ‒ Europejczycy. Chodzi o to, żeby mieć świadomość, co się je i jak to jedzenie wpływa na nasz organizm, że jest jedzenie, które nas uleczy albo zrobi coś, że będziemy się dobrze czuli, ale jest też jedzenie, które wręcz przeciwnie ‒ zaszkodzi albo spowoduje dyskomfort.

AŁ: Czyli jest tak, że jednemu to samo jedzenie zaszkodzi, a drugiemu pomoże?

UJ: Oczywiście. Dlatego tym, co kocham w medycynie chińskiej, jest zasada, żeby zawsze uwzględniać, czego potrzebuję w tym momencie, dzisiaj, przy tej aurze, tej pogodzie. U kobiet ważny jest też cykl ‒ to wszystko trzeba uwzględnić. Nie trzeba tego drobiazgowo analizować, ale jak człowiek jest wsłuchany w swój organizm, to sam to wie i czuje. Myśmy teraz tę umiejętność stracili. Ludzie nie obserwują swojego organizmu, nie zwracają uwagi, co wrzucają do niego, bardziej dbają o swoje samochody niż o swoje organizmy. I to jest normalne, że komuś pewna rzecz zaszkodzi, a komuś innemu pomoże. A rolą terapeuty jest tak dobrać dietę, akupunkturę czy zrobić receptury ziołowe, żeby to zadziałało. Wszystko musi być dopasowane, dlatego wizyta u wykwalifikowanego terapeuty trwa półtorej godziny, najkrócej godzinę, bo cały czas się zastanawiamy, jak pomóc danej osobie, czego ona potrzebuje, żeby w dzień była pełna energii, miała motywację do pracy, jasny umysł, a potem żeby sen był regeneracyjny, żeby wszystkie klocki w tym organizmie działały.

AŁ: Czy ty się zajmujesz tylko akupunkturą?

UJ: Obecnie głównie akupunkturą. Akupunktura to jest znajomość punktów na ciele, trzeba znać naturę punktu, wiedzieć, jak on działa. Kiedy ma się znajomość tych punktów i wie, jak przebiegają meridiany, czyli ścieżki przebiegu energii Qi, to można też działać na te punkty w inny sposób. Może to być moksa, czyli ogrzewanie punktów – bardzo często, jak panie są wyziębione, stosujemy moksę. Może to być masaż bańką, czyli możemy wzdłuż meridianów i na meridianach pracować, stymulując je bańką. Możemy skrwawiać ‒ z pewnych punktów można upuścić po kilka kropli krwi. Więc akupunktura i znajomość punktów terapeutycznych daje wiele możliwości. Jeśli przychodzi do mnie pacjent, który boi się igieł, bo tak też jest – my w Polsce nie kojarzymy igieł pozytywnie – wtedy wykorzystuję elementy refleksologii. A ponieważ mam w głowie siatkę meridianów i punktów, to już lepiej wiem, jak mogę zadziałać, żeby pomóc. Podpowiadam też, jak się odżywiać. Teraz jest dużo mód, jeśli chodzi o diety, i z tego, co słyszę i widzę, odnoszę wrażenie, że ludzie są bardzo pogubieni, co trzeba jeść. A to jest bardzo proste – trzeba jeść prosto, lekkostrawnie, przyjemnie i lokalnie. Nie trzeba robić nie wiadomo jakiej haute cuisine i jedzenie nie musi być bardzo skomplikowane, tylko proste, dobre, ciepłe jedzenie domowe ‒ jak najmniej przetworzone.

AŁ: A zajmujesz się też ziołami?

UJ: Ja w ziołach jeszcze nie siedzę, więc tym się nie zajmuję. Ale mam to w planach. To na pewno następny krok, który bym chciała zrobić – ale to następne kilka lat studiów. Na razie przede mną dwa lata akupunktury mistrzowskiej, którą robię pod okiem profesora, i przede wszystkim to muszę skończyć. Niestety z powodu pandemii na prawie rok kurs został zawieszony, od grudnia 2020 zajęcia odbywają się online. Ale to nie to samo, nad czym ubolewam bardzo, bo trudno bez osobistego kontaktu nauczyć się choćby diagnostyki z pulsu, na czym mi najbardziej zależy.
Akupunktura i zioła to uzupełniające się obszary, więc na pewno będę szkolić się w tej materii.

AŁ: Doradzasz też w kwestii diety?

UJ: Nie rozpisuję diety, jak dietetycy, ale podpowiadam sposób żywienia albo inspiruję. Moją rolą jest bardziej nakierowanie na dobrą drogę, niż wskazywanie palcem co tak, a co nie. Bardziej mi zależy na uświadomieniu pacjentowi, że jedzenie może być lekarstwem, a może też być trucizną. Teraz ludzie w zasadzie nie jedzą. Wychodzą na czczo, piją cztery kawy, a śniadanie to jest coś chwyconego po drodze albo dopiero wieczorem. Zachwiany jest też balans jedzenia. Albo karmią się sałatkami i wszystko jedzą zimne. Bardzo często mi mówią: jem tyle sałatek – więc odżywiam się tak zdrowo. Piję soki ‒ specjalnie kupiłam / kupiłem wyciskarkę. Ale cały czas mam brzuch wzdęty, coś mi w jelitach jeździ, pewnie mam jakiegoś helicobactera.

AŁ: Porozmawiajmy zatem o twojej praktyce ‒ czy zauważyłaś wpływ pandemii na liczbę pacjentów? Zwiększyła się? Zmniejszyła?

UJ: Nie, chyba nie widzę różnicy w liczbie pacjentów. Cierpiący ludzie nie mają siły na roztrząsanie zawiłości związanych z pandemią – oni chcą pomocy. Ale oczywiście, bez względu na przypadłość, z jaką przychodzą, mówią o koronawirusie.

AŁ: A czy pandemia miała wpływ na funkcjonowanie twojego gabinetu?

UJ: Na początku pandemii, wiosną zeszłego roku, przez krótki czas gabinet był zamknięty. Ale później, ze względu na specyfikę mojej działalności – higiena, częsta dezynfekcja rąk, jednorazowe lub sterylizowane narzędzia – wróciłam do normalnej aktywności.

AŁ: Do twojego gabinetu przychodzi więcej kobiet czy mężczyzn?

UJ: Na początku było więcej kobiet, a teraz jest tak naprawdę fifty-fifty. Coraz więcej panów się przekonuje, a bywa nawet tak, że to pan przyprowadza żonę.

AŁ: A czy ci, którzy przychodzą, są zdecydowani, wierzą w skuteczność medycyny chińskiej?

UJ: Różnie to bywa. Są osoby, które już zetknęły się z medycyną chińską, wiedzą, wierzą, mają doświadczenia, ale są też osoby przyprowadzane przez rodzinę, które się przekonują z czasem, bo widzą efekty. Albo są mile zaskoczone, że ja im nie zalecam kolejnego suplementu za 600zł, tylko żeby zjedli ciepłe śniadanie, i raptem czują wielką różnicę. Ale różnie to bywa.

AŁ: Czy zdarzyło ci się, że mocno sceptyczna osoba została przyprowadzona przez kogoś i od drzwi powiedziała: „bo mi kazali, ale nie wierzę, wiem, że nic mi nie pomoże, już tak będę do końca życia z tym bólem głowy i oka czy nigdy nie będę spał”.

UJ: Takim sceptykiem był mój mąż, zanim zdecydował się na leczenie medycyną chińską, natomiast teraz jest jej wielkim fanem. Dzięki jego wsparciu mogłam zmienić zawód i widzę, jak on w to wierzy. Najczęściej jest tak, że małżonkowie się przyprowadzają. Jedno jest zadowolone, sprawdziło i widzi efekty, więc przyprowadza drugie. Chyba najczęściej miałam takie sytuacje, kiedy żona przyprowadzała męża, i on przyszedł, żeby żona nie truła mu nad głową, dla świętego spokoju. Miałam kilka takich sytuacji, że panowie byli bardzo niesympatyczni, ponieważ uważali, że jestem szarlatanem albo będę odprawiać jakieś rytuały. Miałam też pytania o egzorcyzmy. Różne rzeczy ludzie sobie wyobrażają o akupunkturze i medycynie chińskiej, a to jest po prostu obserwacja tego, jak funkcjonujemy, Zresztą medycyna chińska miała służyć profilaktyce chorób. Kiedyś w Chinach płacono abonament za utrzymanie w zdrowiu, nie za leczenie. A jak przypadkiem cesarz zachorował, to dekapitowano lekarza, że nie dopilnował cesarskiego zdrowia.
Ale każdy kij ma dwa końce ‒ dlatego mówię przy pierwszej wizycie, że nic nie zrobi się samo, musi być współpraca, czyli musi być też tak, że jeżeli pacjent chce się rzeczywiście wyleczyć i mu zależy, jest zdeterminowany, to wdraża moje wskazówki w życie. Więc jeśli widzę, że pacjent ma w nosie, co mu mówię, i nie zmienia nawyków i nadal np. nie śpi wystarczająco, je późno wieczorem, pije 8 kaw dziennie, ale oczekuje efektów – to dziękuję mu za współpracę. I bardzo często jest tak, że osoby z takimi oczekiwaniami, które przychodzą do mnie, uważają, że skoro mi płacą, to ja odwalę całą robotę. Ja jako terapeuta nie jestem w stanie wszystkim ugotować jedzenia i stać nad nimi cały czas. Tu chodzi o to, żeby mieć świadomość, że sam sobie robię kuku. Więc często, jak są takie oczekiwania, to wprost mówię, że to w ten sposób nie działa ‒ albo podejmuje się rękawicę, albo nie. Tak jest wtedy według mnie uczciwie. Bo nie chcę się wysilać, gimnastykować, a pacjent będzie lekceważył moje zalecenia, a potem wyjdzie i powie, że mu medycyna chińska nie pomogła. Mam bardzo dużo szacunku, do tego systemu terapeutycznego. Widziałam w Chinach, jakie przypadki były leczone, łącznie z osobami, których rokowania onkologiczne były w zasadzie żadne. Bardzo często były to osoby, w stosunku do których lekarze nie podejmowali żadnego leczenia, tylko paliatywne. Ja cały czas jestem jeszcze w przedszkolu z tymi rzeczami i oczywiście mam świadomość, że nie wszystkim pomogę, ale wiem też, że siła medycyny chińskiej jest niesamowita.

AŁ: Czy w medycynie chińskiej jest też tak jak w ajurwedzie, że dla określonych typów człowieka wskazane są określone potrawy, składniki?

UJ: Nie wiem, czy medycyna chińska jest podobna do ajurwedy, ale generalizując, można powiedzieć, że osobowości, sylwetki człowieka medycyna chińska przypisuje do tych słynnych pięciu elementów. Ja jednak byłabym ostrożna w takim uogólnianiu i zestawianiu zerojedynkowym, bo ktoś może mieć jakąś konstytucję, np. ziemi, ale w tym momencie jego życia ten element jest zaburzony i trzeba go wzmocnić jakimś innym jedzeniem. Zawsze podchodzę do pacjenta bardzo indywidualnie, bo po to terapeuta przyjmuje kogoś w gabinecie, żeby wniknąć, co się dzieje w jego organizmie i na tej podstawie dobrać jedzenie, powiedzieć, jak ta osoba powinna się odżywiać. Czasami pacjenci się śmieją, bo zależy im na tym, żeby się odchudzić, a to odchudzanie okazuje się efektem ubocznym ‒ chodzi bowiem o to, żeby się dobrze czuć. Ale komuś innemu może być lepiej z dodatkowymi kilogramami, bo taka jest jego natura, i nie będzie się czuł dobrze, będąc szczupłym i odchudzonym. Wszystko trzeba dopasowywać. I to jest właśnie medycyna chińska, którą cenię i staram się uprawiać w gabinecie. Unikam uogólnień, ale pewnie w jakichś poradnikach można takie uogólnienia znaleźć.

AŁ: Tak, czytałam, żeby posiłki były zrównoważone, wszystkie elementy muszą być w takim posiłku zawarte.

UJ: Mówisz tu o kuchni pięciu przemian. Chciałabym powiedzieć, że w Chinach nikt nie zna gotowania według pięciu przemian, to jest jakiś system ‒ nawet nie wiem, kto go opracował. Swego czasu modny był ten sposób żywienia. W Chinach nikt tak się nie odżywia. Oni po prostu wiedzą, że trzeba odżywiać środek, czyli ziemię, czyli organy odpowiadające za odżywianie ‒ żołądek i śledzionę. A one lubią przede wszystkim potrawy ciepłe. I zataczamy koło ‒ znowu mówię o konieczności ciepłego jedzenia. Jesteśmy ciepłolubni, mamy stałą temperaturę, więc bardzo ułatwiamy pracę naszemu żołądkowi, jeśli wrzucamy do niego jedzenie lekkostrawne i ciepłe. Zauważ, że dania chińskie to bardzo często są warzywa, które są tylko „przetrącone” w tych wokach, nie są smażone w tłustym oleju, często są to warzywa lekko przelane gorącym bulionem. Jada się tam dużo warzyw liściastych, które nawilżają od środka, zalanych gorącym bulionem. Tu nie chodzi o długie gotowanie, żeby ta marchewka była jak zdechła ryba, tylko żeby zlikwidować pierwsze uczucie surowości, bo surowe warzywa są ciężkostrawne i wychładzają. My w Polsce mamy taki klimat, jaki mamy ‒ jesień, zima i wiosna nie są dla nas bardzo przyjazne, więc trzeba jeść gotowane. W polskiej kuchni mamy superzupy, w ogóle mamy jedzenie super i zawsze proponuję pacjentom, żeby spojrzeli sto lat wstecz, jak odżywiali się nasi dziadkowie, pradziadkowie – zupa, bigos, kasze, gęste potrawy, mięso, które było tylko dodatkiem do tego wszystkiego, nie znajdowało się w każdym daniu od rana do wieczora, tylko było czymś ekstra. Ale przede wszystkim jedzono zupy. Coś w rodzaju takiego eintopfu, jednogarnkowego dania, które gdzieś tam stało i się podgrzewało. Takie rzeczy się kiedyś jadło. Oczywiście, kiedy jest lato – są sezonowe warzywa i owoce. Korzystajmy z tego, bo po to one są. To są warzywa i owoce, które mają nawilżyć i ochłodzić, ale one rosną wtedy, kiedy w Polsce jest ciepło. I wtedy z nich korzystajmy. Chińczyk nie wypije niczego zimnego. Oni mają fioła na punkcie ciepłego. Najczęściej piją ciepłą wodę, bo ona ma po prostu najlepsze działanie nawilżające. Zawsze noszą ze sobą termosy. Wszędzie w Chinach są dystrybutory z wrzątkiem. Na dworcach, w pociągu, wszędzie można za darmo dostać wrzątek.

AŁ: My natomiast mamy zwyczaj picia herbaty na hektolitry.

UJ: W Chinach raczej się tego nie robi. Nie widziałam, żeby ktoś tak herbatę jak my pijał. Zielona herbata też nie jest dla wszystkich, bo wychładza. Oczywiście wszystko zależy od tego, jaką ilość jej wypijamy, wszystko trzeba uwzględnić. Zresztą czym innym jest picie zielonej herbaty latem przez osobę, która nie jest zmarzluchem, ale zmarzluchowi bym nie poleciła picia zielonej herbaty nawet latem. Z czarną też jest dyskusyjnie.

AŁ: Ciekawe, skąd u nas ten zwyczaj? Może z Rosji?

UJ: Może. Anglicy poprzywozili różne liście, te zwyczaje były mocno przefiltrowane przez zachodnie cywilizacje, zanim doszły do Polski. Jeśli już Chińczycy piją, to raczej napary z ziół, które nie mają bardzo silnych działań. Bo zioła w medycynie chińskiej mają bardzo mocne działanie i tu trzeba naprawdę dobrze się znać, jak je trzeba podawać, jak je dawkować. Chińczycy na przykład wrzucają sobie kilka ziarenek jagód goji do wrzątku czy ze dwa daktyle i to tak naprawdę wystarczy.

CDN.

W drugiej części rozmowy, dowiemy się, jak wygląda wizyta w gabinecie akupunktury Urszuli Jóźków, na co zwraca uwagę lekarz medycyny chińskiej i na co powinna zwrócić uwagę osoba, która chce skorzystać z terapii w gabinecie medycyny chińskiej w Polsce.

 

Znajdź nas na
Znajdź nas na
Znajdź nas na